niedziela, 10 maja 2015

(3) Rozdział Trzeci


         Samotność jest pierwszym krokiem do tego, żeby oszaleć. Wcześniej nie zdawałam sobie z tego sprawy. Może dlatego, że przyzwyczaiłam się do samotnej walki bez kogoś bliskiego obok siebie… Jednak teraz już nie muszę być sama.
         Uważnym wzrokiem rozgląda się dookoła, chcąc sprawdzić, czy są z Ginny zupełnie same po tej stronie Tamizy. Dopiero wtedy chowa różdżkę za pasek spodni i odwraca się w kierunku przyjaciółki, która klęczy na trawie, podpierając się jedną ręką. Brązowowłosa kuca przy niej i delikatnie kładzie dłoń na jej ramieniu. W odpowiedzi zostaje obdarzona zmarnowanym spojrzeniem jej zielonych oczu. Ruda wygląda wręcz fatalnie, ale żadna z nich nie jest tym zdziwiona. Dziewczyna niewiele razy miała okazję do teleportowania się z miejsca na miejsce, przez co nie zdążyła się do tego przyzwyczaić.

- Ginny ja wiem, że to ciężkie przeżycie, ale musimy stąd jak najszybciej iść. Śmierciożercy na pewno gdzieś tutaj się czają. To jedyne miejsce w całym Londynie, gdzie można aportować się bez informowania ich o swoim przybyciu – wymusza na twarzy pokrzepiający uśmiech, przechylając nieznacznie głowę na prawo. Podnosi się na równe nogi i wyciąga rękę w kierunku rudowłosej, chcąc pomóc jej wstać. Gin prawie natychmiast korzysta propozycji.

- Masz już jakieś miejsce, do którego chcesz się udać? – pyta, starając się utrzymać równowagę. Jej kolana drżą niemiłosiernie. Ma nadzieję, że szybko odzyska trzeźwość umysłu, ponieważ nie mogą pozwalać sobie na żadne słabości. Nawet te chwilowe. Kiwa głową, zaczynając podążać w kierunku mostu na Tamizie. Ruda bez słowa rusza za nią. Wie, że ma co najmniej setkę pytań, na które odpowiedzi chciałaby koniecznie poznać, ale nie mają czasu na bawienie się w szczegóły. Muszą znaleźć sobie jakieś w miarę bezpieczne miejsce, w którym omówią zarys planu działania.

         Nie chce o tym mówić na głos, ale nie pozwoli Ginny zbyt długo przebywać ze nią na głównym polu walki. Wie już nawet, ile czasu spędzą razem i jakich pretekstów użyje, żeby zgodziła się ją opuścić. Musi to zrobić, żeby ją ochronić. Może to zabrzmieć brutalnie, ale jedynym sposobem na to, jest pozbycie się rudej. Wzdycha ciężko, dopiero po kilku sekundach uświadamiając sobie, że przyjaciółka mogła to usłyszeć. Nie może do tego dopuścić, ponieważ zaczną się niewygodne pytania. Od razu prostuje plecy, nieznacznie przyspieszając kroku. Ginevra robi to samo.

- Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie, Gin - mówi, odwracając się przodem do swojej towarzyszki. Kładzie jej obie dłonie na ramiona i patrzy prosto w oczy, chcąc zaznaczyć tym samym dużą wagę swoich słów. - Będziesz się musiała trzymać bardzo blisko mnie, żebyśmy przypadkiem się nie zgubiły. Od teraz możesz zapomnieć o Patronusach, Wyjcach, listach, sowach i tego typu rzeczach. Jeżeli wyślesz cokolwiek do mnie, to Śmierciożercy na pewno to przejmą i użyją do zniszczenia Zakonu Feniksa. Rozumiesz mnie? - pyta, zatrzymując się na chwilę, żeby zebrać rozbiegane myśli i uformować je w jedną, sensowną wypowiedź. W ramach potwierdzenia otrzymuje od rudej kiwnięcie głową. - Jeżeli jednak, nie daj Merlinie, napadną na nas, to natychmiast uciekaj jak najdalej od tego miejsca. Musisz mi teraz obiecać, że zaraz po pierwszym zaklęciu, skierowanym prosto na nas, czy jakimkolwiek innym, które przeleci obok, weźmiesz nogi za pas i nie odwracając się w tył, nie zwracając uwagi na mnie, uciekniesz w jakieś bezpieczne miejsce.

- Hermiono... - zaczyna Weasley, jednak ona nie dopuszcza do wypowiedzenia przez nastolatkę ani jednego słowa więcej. Nie mają czasu na rozmowy. I tak już zbyt długo przebywają w jednym miejscu.

- Nie, Ginny. To nie Hogwart, gdzie bawimy się w to, kto jest najodważniejszym Gryfonem i postawi się Snape'owi. Jesteśmy na prawdziwej wojnie, która od początku do końca rządzi się swoimi własnymi prawami. Musisz uciekać i jeżeli mi tego teraz szczerze nie obiecasz, to nie zawaham się nawet przez sekundę, żeby odesłać cię do Nory, a uwierz mi, potrafię to zrobić i nawet nie zorientujesz się w którym momencie opuściłaś pole bitwy. Pamiętam, że wiem, kiedy kłamiesz - dodaje, zanim przyjaciółka złoży swą obietnicę.

- Dobrze, już dobrze. Obiecuję, że kiedy tylko pokaże się jakieś zagrożenie, to ucieknę, jak ten ostatni tchórz - fuka młodsza z nich i odwraca się do drugiej plecami, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Brązowowłosa uśmiecha się do siebie pod nosem. Wie, że uraziła swoimi słowami odwagę przyjaciółki, ale nie zwracała na to uwagi. Gin przeżyje, a ona nie wybaczyłaby sobie, gdyby cokolwiek stało się jednej z najważniejszych osób w jej życiu. Jednej z ostatnich...

         Bez słowa rusza przed siebie, żeby wejść w głąb Londynu. Musi znaleźć jakąś grupę Śmierciożerców do śledzenia. Wie, że to niebezpieczne, szczególnie kiedy ma kogoś ze sobą, ale nie może przestać węszyć w sprawie kilku ostatnich Horkruksów, jakie pozostały im do zniszczenia. Nie może stracić już więcej ani minuty. Przecież w tym czasie poplecznicy Czarnego Pana mogą napadać na kolejną wioskę mugolów. Na samą myśl o tym przez ciało szatynki przechodzi nieprzyjemny dreszcz, który niesie za sobą uczucie wściekłości na wszystkich dookoła. W niektórych momentach zaczyna wątpić w sens swojej przynależności do Zakonu Feniksa. Coraz częściej ma wrażenie, że żadnemu z członków nie zależy na bezpieczeństwie niemagicznych. Wolelą zadbać o siebie i innych czarodziei. Właśnie dlatego ona nie podda się tak łatwo. Żeby nie zawieść tych, dzięki którym istnieje. Ona też przecież w pewnym sensie jest mugolką i nie zamierza się tego przed nikim wypierać.

- Przyszli do Nory rok temu. Ron był ciężko ranny, bo wdali się ze Śmierciożercami w jakąś bójkę, w której zginęło dwóch czarodziejów. Nie pamiętam ich nazwisk, niestety - wzdycha Ginewra. Granger nie musi pytać, o co jej chodzi. Doskonale wie, jaki temat postanowiła rozpocząć dziewczyna. Nie chce teraz rozmawiać, ale ciekawość nie pozwola jej uciąć tego, co ma do powiedzenia rudowłosa. - Na początku spędzili u nas miesiąc, później wrócili w plener, ale nie trwało długo, kiedy znów się pojawili. Może tydzień, może trochę więcej. Harry, on był przerażony. Nie odzywał się do nikogo, nawet do mnie. Cały czas tylko powtarzał, że musi wrócić, musi wrócić. Nie chciał powiedzieć, gdzie powinien wrócić. Syriusz i Remus powiedzieli mu, że nigdzie się nie ruszy, ale kiedy on upierał się przy swoim, zabrali mu różdżkę i zamknęli w pokoju bliźniaków. To było przerażające, ja nie rozumiałam o co chodzi. Ronowi też nie pozwolili się nigdzie ruszyć. Myśleli, że skoro to coś dopadło Harry'ego, to jego również mogło zarazić. Ciebie próbowali znaleźć, ale nałożyłaś na siebie zbyt mocne zaklęcia jak dla nich. Dlatego zrezygnowali i pozwolili ci działać dalej - ruda ucina, zatrzymując się za Hermioną, która nieoczekiwanie staje w miejscu.

         To Zakon Feniksa kazał chłopakom zostać w Norze. Harry z jakiegoś niewiadomego powodu zwariował i musiał zostać w Norze, bo tak mu kazali. Czuje wstyd za swoją niekontrolowaną złość na najlepszych przyjaciół. Przecież mogła z nimi normalnie porozmawiać i zapytać, dlaczego opuścili swoje miejsca dotychczasowego pobytu i zamienili je na bezpieczny dom państwa Weasleyów. Kręci głową, mocno zaciskając dłonie w pięści. Przebywanie przez tak długi czas w towarzystwie samego siebie może postradać zmysły, ale nigdy nie podejrzewałaby, że aż tak bardzo.

         Bez słowa odzewu rusza ponownie przed siebie. Widzi, że Ginny chce zapytać, dokąd zmierzają, ale tym razem postanawia milczeć, więc i ona się nie odzywa. Jest wściekła na siebie, za to, że jednak nie została chwilę dłużej w Norze, żeby zobaczyć na czym stoi. Jest wściekła na Harry'ego, że dał się trafić jakimś cholernym zaklęciem i potrzebował pomocy. Jest wściekła na Rona za to, że dał się w to wszystko wciągnąć. Jednak najbardziej jest wściekła na Zakon Feniksa. Przecież to oni powinni działać na każdym kroku, a szczególnie kiedy dzieje się coś złego. Nie powinni rozwiązywać żadnych problemów poprzez zamykanie kogoś w pokoju i zabieranie mu różdżki. Mocno wbija paznokcie w skórę, kiedy orientuje się, że dokładnie tak samo postąpiłby Voldemort. Oni uwięzili Pottera, tyle tylko, że nie w lochu. Odcięli go od świata, żeby poczekać aż przejdzie samo.

- Hermiono...

- Nie teraz Gin. Jeżeli zacznę mówić, to mogę powiedzieć ci coś przykrego, czego później będę żałować - ucina, zaciskając z całej siły zęby.

- Ale Hermiono, ci Śmierciożercy, oni za chwilę nas zauważą - brązowowłosa natychmiast podnosi głowę. Widzi całą grupę, ubranych na czarno ludzi, którzy zbierają się w czymś na kształt kręgu. Natychmiast odwraca się przodem do Ginny. W tym momencie dziękuje Merlinowi za to, że ma ją przy sobie.

- Gin, pamiętasz, jak powiedziałaś, że chcesz mi pomóc? - ruda przytakuje. - Musisz teraz pobiec w prawo, aż trafisz do samego centrum Londynu. Tam zobaczysz duży most, a na nim starego człowieka, siedzącego skulonego. Będzie wyglądał jakby był martwy. Podejdziesz do niego i powiesz, że jesteś z Zakonu, wtedy popatrzy na ciebie i nie przeraź się, kiedy zobaczysz puste oczodoły. Nie możesz odwrócić wzroku. Niech cię Godryk od tego strzeże! Powiesz mu, że Hermiona Granger potrzebuje pomocy. On już będzie wiedział, co powinien zrobić - wytłumaczyła szybko, nerwowo spoglądając za siebie. Chce już zacząć ich szpiegować, ponieważ zaczynają się oddalać.

- Ale jak my się później znajdziemy. Przecież mówiłaś, że nie możemy nawet wysyłać do siebie sowy, bo Śmierciożercy ją złapią i przechwycą moją wiadomość - burzy się dziewczyna. Nie chce iść nigdzie sama. Boi się.

- Ginny, spokojnie. Ja sobie poradzę i znajdę cię. Ale jeżeli chcesz mi pomóc i pokazać mi, że powinnam w dalszym ciągu trzymać cię przy sobie, to musisz iść do tego mężczyzny. Biegnij jak najszybciej możesz. I nie odwracaj się za siebie - brązowowłosa uśmiechnęła się delikatnie i rzuciła na siebie zaklęcie kameleona, znikając z pola widzenia rudej.

         Stoi w miejscu, chcąc sprawdzić, czy przyjaciółka stosuje się do jej poleceń i podchodzi po cichu do Śmierciożerców, którzy są pochłonięci rozmową. Niestety, w dalszym ciągu znajduje się w zbyt dużej odległości. Chowa się za ścianą, przylegając do niej plecami, kiedy jedna z postaci odwraca wzrok w kierunku, w którym stała. Patrzy na swoje dłonie, ale nie dostrzega ich. Przez kilka sekund dziewczynie wydawało się, choć to absurdalne, że źle rzuciła zaklęcie. Bierze głęboki oddech, po czym wypuszcza bezszelestnie powietrze z płuc. On po prostu miał przeczucie, że ktoś ich obserwuje. Na pewno jej nie dostrzegł.

         Wychodzi ze swojej kryjówki i ostrożnie podchodzi bliżej grupy. Wie, że nie ma dookoła siebie żadnej kryjówki. Jednak nie ma innego wyjścia. Wytęża słuch, chcąc zrozumieć, co do siebie mówią.

- Ja jednak uważam, że powinniśmy poczekać do wieczora. Wtedy nasi zwiadowcy powiedzą nam, czy ta Szlama faktycznie dalej przebywa u zdrajców krwi. Jeżeli jest gdzieś tutaj, to możemy mieć kłopoty, a jeżeli stracimy kogokolwiek więcej, to zabije i nas.

- Avery, jesteś idiotą, przyjacielu. Doskonale wiesz, że Szlama została trafiona przez zaklęcie mojego syna, które doprowadziło ją do ruiny. Na pewno nie zdołała się podnieść przez ostatnie kilka godzin. Potrzebowałaby do tego mocnych eliksirów i pomocy wielkich Magomedyków.

- W takim razie, Lucjuszu, prowadź nas do zwycięstwa. Ale pamiętaj, że jeśli przegramy, to całą winą o to obarczymy właśnie ciebie - dziewczyna po nazwiskach wywnioskowała, że wymiana zdań odbyła się pomiędzy mężczyznami. Avery ukłonił się nisko w satyrycznym geście i wskazał dłonią kierunek, w którym starszy z Malfoyów miał się udać. Była pewna, że gdzieś w tłumie znajdzie również tego drugiego; tego bardziej znienawidzonego.

         Rusza zaraz za nimi. Żaden z nich nie odzywa się już nawet słowem więcej. Każdy jest zamyślony. Najprawdopodobniej rozważają, czy faktycznie dobrze robią, Wiele dałaby za możliwość wejścia do ich umysłów. Wiedziała jednak, że chronią ich potężne czary i mogliby to zauważyć. Wtedy zdradziłaby swoją obecność wśród nich, a do tego nie może dopuścić.

         Zatrzymują się w końcu, są około kilometra od poprzedniego miejsca pobytu. Dziewczyna dziwi się, że nie użyli teleportacji. Szybko jednak gani się za takie rozumowanie. Przynajmniej nie musiała ich tropić, co było równie niebezpieczne jak wchodzenie do ich pamięci. Właśnie przez to wczoraj musiała przed nimi uciekać. Dołohow zauważył, że ktoś siedzi im na ogonie. Jednak z tego, co pamięta, zaraz po tym jak zdjął z niej zaklęcie kameleona, ulotnił się gdzieś, a co za tym idzie nie został zabity przez jej wybawiciela.

- To tutaj. W tej dzielnicy ostatnio widziano sprzymierzeńca Zakonu Feniksa i Harry'ego Pottera. Musimy go znaleźć i zabrać do Czarnego Pana. Nie oszczędzajmy się również, jeżeli chodzi o tępienie mugoli. W końcu jest to naszym drugim, głównym celem - ucina Avery. Nastolatka zaciska z całej siły pięści zdając sobie sprawę z uśmiechu, jaki na pewno gości na twarzy mężczyzny. Wyciąga różdżkę i po cichu podchodzi kilka kroków do przodu. Wyciąga rękę do przodu, celując do jednego ze Śmierciożerców. Modli się do Godryka, żeby Ginny zdążyła już dotrzeć do mężczyzny, którego jej wskazała.

- Avada Kedavra - szepta na tyle cicho, że żaden z jej wrogów nie jest w stanie tego usłyszeć. Głos ma zupełnie pusty, wyprany z wszelkich emocji; dokładnie tak samo, jak wzrok, wymierzony w opadające bezwładnie na asfalt ciało. Zielone światło, które rozbłysło w uliczce sprawiło, że reszta z nich odwraca się zdziwiona w kierunku swojego martwego towarzysza. Gdyby nie to, nawet by nie zauważyli.

         Granger cofa się o krok, kiedy wszyscy podnoszą różdżki. Nie boi się ich, wręcz przeciwnie. Po prostu przygotowuje się do ewentualnej ucieczki. Ma ochotę zabić ich wszystkich za to, co chcieli zrobić. Doskonale wie, że nie jest od nich lepsza, przecież właśnie użyła zakazanego zaklęcia, zabiła za pomocą magii. Nie czuje do siebie żalu, ani goryczy. Jest tylko zupełna pustka, jaka została po człowieczeństwie i miłości do bliźniego, którymi była przepełniona od urodzenia. Wojna zmienia ludzi, szczególnie tych dobrych. Tych, którzy zawsze z odrazą patrzyli na krzywdę innych, a później zostali zmuszeni do krzywdzenia ich. Z niej wojna zrobiła maszynkę do zabijania.

- Kim jesteś, pokaż twarz, tchórzu! - krzyczy jedna z zamaskowanych postaci. Hermiona nie powstrzymuje szyderczego śmiechu, który zdradza im miejsce, w którym stoi. Robi kilka kroków w bok, cały czas trzymając podniesioną rękę.

- Co wy możecie wiedzieć o tchórzostwie czy odwadze, Śmierciożercy - mówi z pogardą, po raz kolejny rzucając zaklęcie; tym razem niewerbalnie. Nie zatrzymuje się, nie chcąc być trafioną urokami, które zaczynają pojawiać się w powietrzu. - Chcecie napaść na mugoli tylko dlatego, że wśród nich ukrywa się czarodziej. Będzie rzucać zaklęcia, wypowiadać formułki, o których oni nawet nie słyszeli. Będziecie ich przeklinać urokami, o których nie mają pojęcia. Nie uważacie, że to również jest oznaka tchórzostwa? - syczy, a jej gniew dosięga kolejnego poplecznika Voldemorta. Ledwo hamuje się od rzucenia na nich i załatwienia tego w nieco inny, trochę bardziej prymitywny sposób.

- To Hermiona Granger, ona tutaj jest! - krzyczy z nienawiścią Lucjusz Malfoy. Dziewczyna po raz kolejny śmieje się głośno i kieruje zielony snop prosto w ojca Dracona. Doskonale wie, że on również stoi gdzieś pośród nich wszystkich. Ma nadzieje, że kiedy mąż Narcyzy będzie juz leżał martwy u jego stóp, w końcu zapłacze choć przez chwilę, tak, jak ona zanosiła się szlochem przez kilka miesięcy po stracie swoich rodziców. Chce zadać mu to samo cierpienie, jakie zadała sobie, chcąc ratować najważniejsze osoby w jej życiu.

- Może w końcu ktoś coś zrobi, a nie będziecie tylko stać i patrzeć się jak zabija naszych! Avada Kedavra! - woła ktoś inny, jednak jego zaklęcie nie przelatuje nawet obok dziewczyny. Po raz kolejny śmieje się głośno i kręci głową z niedowierzaniem, chociaż nikt nie może tego zobaczyć.

- Pokaż się Szlamo! Chyba, że jesteś tchórzem! No dalej, walcz ze mną twarzą w twarz! - doskonale wie, że Śmierciożerca, wypowiadający te słowa chciał ją jedynie sprowokować. Właśnie dlatego w żaden sposób nawet nie komentuje jego słów. Nie jest głupia i oni powinni doskonale o tym wiedzieć. Uchyla się przed zielonym snopem światła, pędzącym prosto w jej stronę. Zwęża oczy, zauważając blask na zachmurzonym niebie. Uśmiecha się do siebie, ciesząc się w duchu, że Ginny zrobiła wszystko tak, jak jej wytłumaczyła. Wiedziała, że może zaufać przyjaciółce. Jednak coś w środku do końca blokowało ją i wprowadzało niepewność w umyśle czarownicy. W końcu dawno z nikim nie współpracowała.

Zamyślenie powoduje, że dziewczyna traci orientację w sytuacji, w której się znajduje. Jeden z nich wykorzystuje to. Rzuca Crucio, które trafia prosto w nią. Głośny krzyk wydobywa się z jej gardła, a ona sama opada na kolana. Nie spodziewała się tego. Nie podejrzewała, że zaklęcie kameleona będzie tak mało skuteczne. Zaciska zęby z całej siły i stara się przesunąć chociaż o kilka stóp w którąkolwiek ze stron. Zdradziła im swoje położenie. Musi reagować. Czuje ciepłe łzy, spływające po lekko zarumienionych policzkach. Czar w dalszym ciągu działa, powodując kłucie w całym jej ciele. Bierze głęboki oddech, podnosząc się powoli z ziemi. Znów jednak atakują, tym razem zdejmując z niej jedyną ochronę. Patrzy na nich z nieukrywaną wściekłością.

         Cały czas powtarza sobie, że to przecież nic nie znaczy, w końcu pomoc zaraz do niej przybędzie. Musi tylko przez chwilę walczyć z nimi sama. Mierzy ich wszystkich wzrokiem. Żaden z nich się nie porusza. Po prostu celują w nią różdżkami. A ona oddycha ciężko, lekko pochylona do przodu po bólu, który kilka sekund temu zniknął. Wie, że to nie koniec. To dopiero początek. Znów zerka na niebo - teraz tylko przez kilka sekund, nie chcąc doprowadzić do sytuacji sprzed niecałych dwóch minut. Cofa się kilka kroków do tyłu i prostuje, przyjmując obronna postawę. Słyszy kilka męskich, głębokich śmiechów; widzi jak ich ramiona poruszają się w rytm rechotu, jaki z siebie wydobywają.

- Na waszym miejscu odwróciłabym się - rzuca luźno, uśmiechając się zadziornie. Natychmiast przestają się śmiać i robiąc to, co powiedziała. Członkowie Zakonu Feniksa stają się coraz bardziej widoczni. Szatynka odszukuje wzrokiem postać, spod kaptura której wystają długie, platynowe włosy. Lucjusz Malfoy. Wykonuje machnięcie różdżką, nawet nie wypowiadając zaklęcia. Niestety, mężczyzna broni się.

- To nie było najlepsze posunięcie, panno Granger - uśmiecha się tryumfująco w kierunku Gryfonki. Hermiona otwiera szeroko oczy i cofa się jeszcze kilka kroków. Inni Śmierciożercy są zajęci walką z członkami Zakonu Feniksa. W pewnym momencie potyka się i upada na twardy beton. Magiczny atrybut wypada jej z dłoni i odlatuje od niej na kilka metrów. Nie przestaje jednak pełzać do tyłu, chociaż znacznie zwalnia przez niedogodną do tego pozycję. - Wiesz Szlamo, byłaś całkiem dobrym przeciwnikiem. Jestem pewien, że gdyby nie twoja brudna krew, Czarny Pan na pewno próbowałby cię przekonać do przejścia na naszą stronę.

- Voldemort mógłby pocałować mi, ewentualnie, koniec różdżki - zatrzymuje się gwałtownie w miejscu. Wypowiadając te słowa znieważył jej rodziców. Złość automatycznie zastępuje zdolność logicznego myślenia, a chęć zemsty zalewa całe ciało dziewczyny.

         Mężczyzna, nie spodziewając się jej nagłego posunięcia, w ostatnim momencie zatrzymuje się, nie dopuszczając do potknięcia się o nogi nastolatki. Ta kopie go w dłoń, w której trzyma różdżkę. Malfoy krzyczy głośno, wypuszczając drewniany przedmiot, który ona natychmiast łapie. Podnosi się z ziemi i zaczyna mierzyć w mężczyznę. Ten uśmiecha się kpiąco, czym zupełnie zbija ją z tropu. Spogląda za niego. Nawet nie zdążyła zauważyć, kiedy tak bardo oddalili się od pola walki.

- Panno Granger, teraz panią zostawię. Zapewniam jednak, że zostawiam cię w bardzo dobrych rękach - skłania się nisko w teatralny sposób i korzystając z dezorientacji dziewczyny, wyrywa jej z dłoni różdżkę. Natychmiast teleportuje się z głośnym trzaskiem. Zanim zdąża w jakikolwiek sposób zareagować, ktoś łapie ja w pasie i odwracając do siebie przodem przyciska do ściany jednego ze zniszczonych budynków, zasłaniając jednoczesnej usta dłonią. Kamienie nieprzyjemnie wbijają się w jej plecy, przez co cały czas wierci się w uścisku napastnika. Sprawia sobie tym jeszcze większy ból, ale zupełnie nie zwraca na to uwagi. Nie ma różdżki, jest zupełnie bezbronna.

- Mogłabyś się w końcu uspokoić - chłopak potrząsa nią sprawiając że patrzy mu prosto w oczy. Widziała je już wcześniej, zaledwie kilka dni temu. To on! To on ją wtedy uratował od Śmierciożerców! Natychmiast uspokaja się, dzięki czemu on odsuwa się od niej. Nie zabiera jednak dłoni z jej ramion. - Wydawało mi się, że Remus nie pozwolił ci wychodzić z Nory - mówi, zaciskając nieznacznie palce.

- Nie pozwolił, ale ja nie słucham innych ludzi - wzrusza obojętnie ramionami. Chłopak kręci z dezaprobatą głową i odsuwa się od niej, wskazując ręką na różdżkę, leżącą niedaleko. Nastolatka natychmiast rozpoznaje w niej swoją. Podchodzi do niej i podnosi ją, uśmiechając się do siebie szeroko, dopóki nie przypomina sobie o obecności szpiega Zakonu. Natychmiast poważnieje i prostuje się. Odwraca się powoli w jego stronę. - Kim jesteś? - pyta w końcu, mierząc go uważnym spojrzeniem.

- Nie mogę ci tego powiedzieć. Jeszcze nie. I tak zbyt wiele osób zna moja tożsamość - mówi poważnie, cofając się kilka kroków w kierunku pola bitwy. Natychmiast rusza za nim. Musi przecież pomóc swoim przyjaciołom. Śmierciożerca wyciąga rękę, blokując przejście dziewczynie i przyciąga ją do swojej klatki piersiowej, spoglądając jej prosto w oczy. - Wydaje mi się, że jak na najmądrzejszą czarownicę od czasów Roweny Ravenclaw powinnaś być choć odrobinę mądrzejsza - syczy, zwężając powieki. - Teoretycznie zabiłem cię, więc jeśli pokażesz się pomiędzy członkami Zakonu i resztą tych łajz, to wyjdzie na jaw, że uratowałem cię za pierwszym razem i że teraz również uszłaś cało.

- Kim jesteś? - powtarza poprzednie pytanie, przechylając głowę na prawą stronę. Uważnym spojrzeniem mierzy srebrną maskę, zasłaniającą twarz chłopaka. Jakby chciała zobaczyć kto się pod nią kryje bez zdejmowania jej.

- Myślałem, że już to przerabialiśmy - wzdycha, przewracając oczami. Nie patrzy na nią, co ona natychmiast wykorzystuje, chcąc w końcu zaspokoić swoją ciekawość. Sięga do jego twarzy i bez problemu zdejmuje z niej maskę, odrzucając ją za siebie. Chłopak natychmiast odsuwa się od niej i spuszcza głowę, mocniej naciągając kaptur. Ale ona zdążyła zauważyć, kim on jest.
- Malfoy? Draco Malfoy? - pyta, zasłaniając usta, szeroko otwarte ze zdziwienia. Świat staje na głowie. 

~◊~

Witam wszystkich serdecznie!
Wiem, że długo mnie tutaj nie było, ale wystąpiły niewielkie komplikacje, o których nie warto pisać ;d
Jak widać pojawił się Draco. Nie chciałam zbyt długo czekać - idąc za radą nieocenionej V.N. Uznałam, że taki moment będzie do tego najbardziej odpowiedni. Mam nadzieję, że myślicie tak samo :)
Jeżeli chodzi o Dramione by Cave. Zaczęłam pisać kolejny rozdział i w sumie mam już połowę, ale zatrzymałam się w pewnym momencie i nie mam zielonego pojęcia, co powinnam pisać dalej.
To wszystko na dzisiaj.
Pozdrawiam,
Cave xx
P.S. Olciak - dziękuję ci! To był chyba najbardziej problematyczny rozdział, jaki kiedykolwiek sprawdziłaś xd

1 komentarz:

  1. Ale mi wstyd, że nie nie komentowałam...
    Muszę jednak przyznać, że... zachwycam się.
    Wspaniale napisane!
    Masz tak płynny i ładny w odbiorze styl pisania, że chce się czytać i czytać i dalej... :) Pomysł też jest super, oryginalny i w ogóle nieszablonowy, co już powoduje, że ja osobiście chce więcej. Pięknie opisane emocje bohaterów i samo tło, sprawia, że ma się wrażenie, że stoi się tuż obok nich.
    Nie będę Ci tu słodzić dłużej, bo padniesz na cukrzycę, ale mnie osobiście porywasz :) Tylko nie trzymaj mnie długo jako zakładnika i dodaj kolejny rozdział, bo to niehumanitarne :)
    Czekam,
    Życzę kociołka pełnego eliksiru weny,
    Pozdrawiam!

    Venetiia N.

    OdpowiedzUsuń