wtorek, 19 lipca 2016

(6) Rozdział Szósty

Czułam się jak odludek, chociaż przebywałam w towarzystwie. Prawdę mówiąc, przeszkadzało mi ono. Za wszelką cenę chciałam być sama. Nawet, jeżeli to oznaczało zdradę przyjaciół – ostatnich ludzi, którzy bezwarunkowo trwali przy mnie.
         Hermniona otwiera powoli oczy i rozgląda się po namiocie. Wzdycha ciężko, dostrzegając przyjaciół, śpiących w jednym z jego kątów. Nie chce ich tutaj, ze sobą. Nie ze względu na to, że jej na nich nie zależało – owszem, może nie tak bardzo jak na początku ich znajomości, wojna zdążyła zmienić jej nastawienie do niektórych spraw, jednak ostatnią rzeczą, której pragnie jest ich śmierć. Podnosi się powoli i bezszelestnie ze swojego leżaka, po czym podchodzi do niewielkiej torebki, towarzyszącej jej od początku trudnych czasów. Najlepiej będzie, jeżeli znów ucieknie. Tam, gdzie chce pójść jest zbyt niebezpiecznie, żeby brać ze sobą kogokolwiek.

         Chwyta różdżkę i szeptem zaczyna wypowiadać zaklęcie pomniejszające, co chwilę wkładając do torby inne przedmioty. Nie podoba jej się to, że będzie musiała zostawić namiot, aby nie obudzić chłopaków, ale musi się poświęcić. Cichy głosik w głowie Hermiony cały czas powtarza, że przecież robi to dla ich dobra, aby oboje cierpieli najmniej jak to tylko możliwe. Zerka przez ramię, znowu kierując wzrok na Harry’ego i Rona. Może są w niej jeszcze jakieś ludzkie uczucia, skoro stara się ich chronić. Marszczy czoło. Kogo ona tak właściwie oszukuje? Samą siebie? Nie ma co ukrywać, że robi to wszystko dla powodzenia własnego planu.

         Dziewczyna odsuwa się od bagażu, ówcześnie wydobywając z niego kilka świeżych ciuchów. Przebiera się w nie szybko, stare upychając do torebki. Za pomocą Różki transformuje ją w niewielki plecach i zakłada go na plecy. Naciąga kaptur na głowę, rozglądając się jeszcze raz po wnętrzu jej dotychczasowego, krótkiego miejsca zamieszkania, żeby upewnić się, że wszystko ze sobą zabrała. Chowa różdżkę za pasek spodni, aby w razie potrzeby móc ją w każdej chwili wydobyć i odsuwa powoli zamek w materiałowych drzwiach.

         Przesuwa powoli spojrzeniem po drzewach i zaroślach. Chce się upewnić, że nic nie zagraża bezpieczeństwu Gryfonów. Stawia powoli kroki, starając się, aby ściółka leśna za bardzo nie szeleściła pod jej stopami. Odchodzi na odpowiednią odległość, zaciska dłoń na rękojeści różdżki i zamyka oczy. Jedyne, co w tym momencie czuje to nieprzyjemne mrowienie na całym ciele, spowodowane teleportacją. Głuchy trzask teleportacji ginie w trzepocie spłoszonych ptaków

~*~

         Kamienie, z których zbudowany został Hogwart wydawały się być nieco cieplejsze za sprawą uczniów, którzy codziennie przewijali się przez jego korytarze. Każdy kąt zamku był wypełniony przez gwar ich rozmów, śmiechów i krzyków, dzięki czemu mury wydawały się przyjaznym miejscem, do którego każdy chciał wracać. Przemądrzanie się Krukonów, oglądanie Gryfonów, spacerujących z głowami wiecznie uniesionymi wysoko, żarty Puchonów, czy nawet zaczepki ze strony Ślizgonów, wszystko to tworzyło jedyną i niepowtarzalną Szkołę Magii i Czarodziestwa w Hogwarcie. Miejsce, którego nie dało się zastąpić żadnym innym na całym świecie.

         No właśnie, gorzka myśl przemyka przez umysł Bleise’a, siedzącego na jednym z kamiennych parapetów, Hogwart był takim miejscem. Teraz wszystko się zmieniło. Opustoszałe korytarze wydają się być zimne jak lód i przypominają mury więzienia, z którego w żaden sposób nie ma wyjścia. Uczniowie, którzy przyszli w tym roku do pierwszej klasy, musieli zmierzyć się tak naprawdę z myślą, że nauka w Hogwarcie będzie dla niech siedmioletnim wyrokiem, którego wcale nie będą musieli przeżyć.

         Zabini na ogół nienawidzi patrolować korytarzy. Ma dość słuchania krzyków zza drzwi sal lekcyjnych, błagań o litość czy kolejnych poleceń, wydawanych przez nauczycieli – Śmierciożerców. Wbrew pozorom, jest normalnym człowiekiem, a to, że jego rodzina podjęła kilka złych decyzji w przeszłości nie oznacza, że pozbył się sumienia. Wręcz przeciwnie; za każdym razem, kiedy widzi jakiegoś biednego dzieciaka, słaniającego się pod grubymi, kamiennymi ścianami, ma ochotę podbiec do niego i rzucać wszystkie zaklęcia lecznicze, jakie zna do momentu, w którym któreś z nich nie zacznie działać. Jedynie resztki rozumu pozwalają mu się od tego powstrzymać.

         Jednak mimo wszystko woli robić to, niż ciągle przebywać w kwaterze głównej Czarnego Pana. Nieprzyjemny dreszcz przechodzi po jego kręgosłupie na samą myśl o tym. Szczerze współczuje Draconowi, że nieustannie musi znosić jego widok. On sam nie wytrzymałby tego, ale na szczęście jego przyjaciel jest silniejszy niż ktokolwiek mógłby sobie wyobrażać. W końcu nie każdy potrafiłby sobie poradzić z obecnością największego zwyrodnialca na świecie, śpiącego zaledwie kilka pokoi dalej, tłamsząc w sobie jednocześnie chęć zabicia go.

         Bleise dławi ciche westchnienie, zanim zdąży ono wydostać się z jego gardła i zwinnie zeskakuje z parapetu, rzucając za sobą, że musi się przejść. Jeszcze chwila tych wszystkich krzyków i samodzielnie wypowie szaleńczą wojnę wszystkim Śmierciożercom, znajdującym się w całym Hogwarcie. Energicznym ruchem naciąga kaptur swojej czarnej szaty na głowę, kiedy tylko dociera do wyjścia z budynku. Kątem oka zerka na jednego z mężczyzn, spacerującego po parterze i wychodzi szybkim krokiem na zewnątrz.

         Pogoda idealnie odzwierciedla atmosferę, panującą już chyba w całej Anglii. Ciężkie, szare chmury, zwiastujące opad dość sporej ilości deszczu, powoli wędrują po niebie. Chłodny wiatr nieustannie szarpie gałęziami drzew i krzewów, porastających hogwardzkie błonia. Policzki chłopaka przeszywa siarczysty, nieprzyjemny ból, kiedy zimne powietrze dociera również i do nich. Na splecionych za plecami dłoniach na szczęście ma założone skórzane rękawiczki. Rozgląda się uważnie dookoła i zerka na drogi, srebrny zegarek, owinięty dookoła nadgarstka. Za kilka minut zaczyna się przerwa, ale niestety, od pierwszego września wszystkie przerwy należy spędzać w Wielkiej Sali, siedząc przy stołach swojego Domu i ucząc się na następne przedmioty. Katorga, nie przyjemność, a to właśnie nią miała być nauka w tym miejscu.

         Bleise zatrzymuje się dopiero, kiedy dostrzega pierwsze drzewa Zakazanego Lasu. Nie jest takim idiotą, żeby się do niego zapuszczać. Voldemort sprowadził wiele strasznych i krwiożerczych stworzeń, które mają na celu chronić zamek przed niepożądanymi ludźmi, nie wiedzącymi o ich istnieniu. Biała mgła unosi się między roślinami, chociaż nie ma jeszcze nawet południa. Zabini czasami zastanawia się, czy nie została ona przypadkiem wyczarowana, aby dodawała jeszcze więcej mroku temu miejscu. To było dokładnie w stylu Śmierciożerców – zrobić z wszystkiego krajobraz rodem z horroru.

         Przymyka oczy, czując kilka pierwszych kropel na twarzy. Najwyższa pora wziąć się w garść i wrócić do zamku. Przerwa dla uczniów pewnie już się zaczęła. Odwraca się na pięcie i niespiesznym, niechętnym krokiem udaje się ponownie w stronę kamiennego budynku. Nie daje rady jednak przejść zbyt wiele, kiedy przed jego oczami pojawia się czarna, zakapturzona postać, z daleka wyglądająca dokładnie tak samo jak on. Automatycznie sięga po różdżkę, chociaż ma świadomość, że przybysz również nosi Mroczny Znak na przedramieniu. Zawsze jednak należy zachować ostrożność. W końcu w ich szeregach znajduje się nie jeden zdrajca czy szpieg.

         Uścisk w klatce piersiowej Ślizgona rozluźnia się od razu, kiedy tylko postać zdejmuje ciężki, przemoknięty kaptur z głowy. Prawie białe włosy jego przyjaciel od razu zostają rozczochrane przez wiatr. Bleise uśmiecha się lekko pod nosem i również odsłania swoją twarz.

- Cześć Draco – rzuca od razu. Prawdę mówiąc brakowało mu Malfoy’a przez kilka ostatnich dni. Na wojnie nie mają zbyt wielu okazji do tego, żeby ze sobą rozmawiać czy chociażby wymienić się listami. – Coś się stało? – pyta, kiedy w końcu dostrzega wyraz twarzy blondyna. Wygląda, jakby za kilka sekund miał zemdleć. Podszedł do niego w kilku krokach i złapał dłońmi za ramiona. Był od niego o kilka centymetrów wyższy, przez co Dracon musi podnieść nieznacznie głowę do góry, aby w dalszym ciągu móc patrzeć na swojego towarzysza. Zabini z przerażeniem stwierdził, że jego policzki nie są blade, tylko lekko zazielenione, jakby za chwilę miał zwymiotować. – No mów co się stało, Smoku!

- Bleise ty wiesz, że jako jeden z niewielu nie chciałem zdradzić Zakonu Feniksa, prawda? – w jego niebieskich, zazwyczaj zimnych i niedostępnych oczach pokazuje się wyraz niesamowitej udręki. Ciemnowłosy nie wie co powiedzieć. Wszystkie słowa więzną mu w przełyku jak za duży kawałek chleba, którego nie jest się w stanie przełknąć. Kiwa tylko twierdząco głową, żeby chłopak mówił dalej. – Nie chciałem, chce im pomóc. Chcę, żeby w końcu uratowali ten cholerny świat i pokonali Czarnego Pana. Głównie pokonali Czarnego Pana. Ale zdradziłem, niechcący! – krzyczy. Wyższy ze Ślizgonów dziękuje Merlinowi i Wielkiej Czwórce, że w pobliżu nikogo nie ma. Malfoy zaczyna nagle chodzić w tę i z powrotem. Wsuwa długie, kościste palce we włosy i ciągnie za nie mocno, jakby chciał wszystkie wyrwać za jednym pociągnięciem. – Kurwa, Bleise, wzięli mnie z zaskoczenia, nie wiedziałem co robić! Spanikowałem!

- Draconie Lucjuszu Malfoy’u! Masz się w tej chwili opanować i powiedzieć, o co ci tak właściwie chodzi, bo za cholerę nic nie rozumiem! – na ogół, Zabini nie krzyczy na nikogo. Złość czy stres stara się obracać w żart, ale w tym momencie nie ma innego wyjścia. Przyjaciel niechętnie rozmawia z nim o Zakonie, prawdę mówiąc robi to tylko wtedy, kiedy potrzebuje pomocy lub dzieje się coś złego. A sądząc po jego zachowaniu potrzebuje obu z tych rzeczy. Blondyn, słysząc swoje całe nazwisko najpierw wzdryga się, a później prostuje jak naciągnięta struna.

- Nigdy więcej nie waż się tak do mnie mówić w ten sposób – syczy, odwracając się do niego przodem. Bierze głęboki wdech, zbierając przy okazji swoje myśli w jedną całość. – Zdradziłem Zakon Feniksa. Właśnie wracałem z jednego z patroli, tym razem wysłali mnie do Nory i wracając musiałem trafić akurat na pieprzonego, Czarnego Pana, przechadzającego się po ogródkach w… - zacina się na chwilę, a na jego twarzy pojawia się grymas obrzydzenia - … W kwaterze głównej. I kazał mi zdać raport. Miałem za mało czasu na myślenia, za mało czasu, żeby wymyślić cokolwiek. I powiedziałem, że widziałem Syriusza Blacka, wchodzącego do środka. Oni wszyscy myśleli przecież, że on i Lupin nie żyją, a teraz będą ich szukać. Kurwa, Blesie, musisz mi jakoś pomóc. Ja nie wiem zupełnie co mam zrobić – Zabini, chcąc powstrzymać przyjaciela przed kolejnym napadem, łapie go za pelerynę na przedramieniu i szybkim krokiem rusza w kierunku zamku.

- Napiszemy list do Blacka. Nie możemy go co prawda wysłać stąd, ale znam jeszcze jedną osobę, która na pewno na pomoże – mruczy cicho pod nosem, układając sobie w głowie treść tego, co musi przekazać Zakonowi. Nie tylko do Draco, ale również od siebie. Kolejne morderstwa na pierwszorocznych nie mogą uchodzić im wszystkim płazem. Szczególnie, że mordy prowadzone są jedynie na dzieciach Mugoli i czarodziejach półkrwi. – A potem uprzejmie poprosimy o przeniesienie cię do Hogwartu. Stąd łatwiej będzie nam to wszystko ogarnąć. Będziemy we dwóch, ty masz trochę więcej praw niż ja. Może zrobią z ciebie czyjegoś pomocnika, albo kogoś lepszego niż zwykły stróż porządku.

- Cokolwiek – ciche westchnienie ucieka z gardła Malfoya. Wie, że nie ma żadnego usprawiedliwienie na jego zachowanie, ale czasu już nie cofnie, żeby cokolwiek zmienić. Tylko Granger ma ten pieprzony zegarek, ale on i tak byłby bezużyteczny. W końcu nie można od tak sobie grzebać w przeszłości.

         Kiedy staje w końcu w przestronnym korytarzu, czuje jakby wszystkie jego mięśnie skurczyły się w jednym momencie. To zmęczenie bierze panowanie nad jego ciałem, kiedy tylko stres i adrenalina przestają panować w jego umyśle. Już dawno nie czuł się tak zmęczony. Najpierw ciężki patrol, później walka z ojcem Weasley’ów, który nie ma pojęcia o tym, że Draco jest po ich stronie, aż w końcu ucieczka i rozmowa z Voldemortem, podczas której starał się ze wszystkich sił, aby nie uciec na drugi koniec świata i dać sobie w ten sposób nikłą możliwość na unikania go do końca życia.

         Starając się utrzymać równowagę, ruszył w głąb szkolnych murów, starając się zignorować ślady krwi, znajdujące się w wielu miejscach na ścianach i podłogach. Niektóre z nich były świeższe, inne starsze, a jeszcze inne wyglądały, jakby ktoś sunął bezwładnym ciałem po posadzce. Zerknął na plecy Diabła, idącego przed nim. Przez głowę przemknęła mu myśl, czy jego przyjaciel również bierze udział w torturowaniu więźniów Czarnego Pana. W końcu przebywa w Hogwarcie już bardzo długo…

         Blondyn spodziewał się, że wszyscy Śmierciożercy będą zdziwieni jego obecnością w zamku. W końcu kto chciałby przebywać w chłodnym, mrocznym zamku z bandą nieokrzesanych bachorów, skoro ma szanse wkupić się w łaski samego Voldemorta i otrzymywać od niego takie zadania, które mogą sprawić dużą przyjemność. Draco stara się ignorować wszystkie uprzejme przywitania. Nie może im dać do zrozumienia, że stracił wszystkie łaski. Jest to kompletną bzdurą, a on nie chce znosić ich durnych docinek.

         Zatrzymuje się na chwilę, kiedy Bleise otwiera duże, mahoniowe drzwi, prowadzące prosto do ich starej sypialni. W pokoju wspólnym nie spotkali jednej żywej duszy, przez co wydaje się, jakby w zamku mieszkały jedynie duchy, a i na ich obecność Nawet nie liczył. Wzdycha ciężko, rzucając się na swoje łóżko. Czy na pewno dalej chciał przez to przechodzić? Może nadszedł ten czas, w którym powinien zrezygnować z pomocy Zakonowi i w końcu służyć jak na prawdziwego Śmierciożercę przystało?

Niech żyje Lord Voldemort

~*~

         Hermiona już od kilku godzin włóczy się bezczynnie po prawie pustych ulicach Londynu. Pamiętała to miasto jeszcze zanim Śmierciożercy do niego wkroczyli. CO prawda na razie żaden z nich nie przebywa w Mugolskim świecie, jednak ich obecność wciąż jest odczuwalna. Zniszczone budynki, śmieci walające się po ulicach i prawie puste sklepy, do których ludzie szybko wchodzą i jeszcze szybciej z nich wychodzą, chcąc jak najszybciej znaleźć się w domu, złudnie dającym poczucie bezpieczeństwa.

         Deszcz pada nieustannie, odkąd tylko się tu znalazła. Wiatr szarpie drzewami i przyprawia ją o nieprzyjemne dreszcze na kostkach, które jako jedynie nie są ochraniane przez żadne ubranie. Stara się omijać latające śmiecie, które po zderzeniu z ciałem mogą wyrządzić naprawdę dużą krzywdę.

         Dziewczyna krzywi się mocno, kiedy do jej nozdrzy dociera nieprzyjemny, lekko słodki zapach rozkładających się, zwierzęcych zwłok. Omija je jednym, dużym kokiem i ponownie rusza przed siebie. Wie, że źle postępuje – przecież w każdej chwili może ją ktoś namierzyć i dopaść, jednak jak na razie stara się wierzyć, że peleryna niewidka, którą ukradła Harry’emu chroni ją przed wszystkim co złe.

         Otwiera szeroko oczy i zatrzymuje się, kiedy z oddali dociera do niej doskonale znany jej trzask towarzyszący teleportacji. Szeptem rzuca na siebie Zaklęcie Kameleona i bezszelestnie wsuwa pelerynę do plecaka. Nie chce się w nią zaplątać podczas teoretycznej ucieczki. Rozgląda się dookoła i podchodzi szybko do ściany, przywierając do niej plecami. Żałuje, że nie może się z nią zlać w jedną całość. Wstrzymuje oddech, kiedy z zaułka wychodzi kilka postaci, ubranych w czarne peleryny. Zdążyła już zauważyć, że ludzie pouciekali. Ona też by tego chciała, ale nie może zwrócić na siebie uwagi. Zamyka na chwilę oczy. Jednak nie trwa ona długo, ponieważ do jej uszu dociera skrzeczący głos jednej z kobiet, przez który zachłystuje się powietrzem.


- Ecie pecie, gdzie jest Hermiona Granger? 

~*~
Nie ma dla mnie wytłumaczenia wiem. Zgadzam się na wszystko - czekam na lincz, który przyjmę z milczeniem. Rozdział krótki i nudny jak flaki z olejem. Przepraszam za błędy w nazwiska - beta zaginęła w akcji, a nikt nie chce wskoczyć na jej miejsce, ehh...
No nie ważne, obiecuję postarać się o poprawę,
dobranoc, Cave xx

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz