czwartek, 21 lipca 2016

(7) Rozdział Siódmy

Ból towarzyszył mi od samego początku. Zarówno ten po stracie bliskich, jak i ten który niejednokrotnie paraliżował moje ciało. Jednak w tamtym momencie po raz pierwszy straciłam nadzieję, że uda mi się go przezwyciężyć i przetrwać do końca.
         Dormitoria Ślizgonów nie zmieniły się zbytnio od rozpoczęcia wojny. Okna nieustannie znajdują się pod wodą, dzięki czemu można z nich obserwować różne stwory w niej żyjące. Korytarze oświetlają niewielkie magiczne lampy, które zwiększają natężenie światła w zależności od tego, jaka jest pora dnia i ilu uczniów akurat w nim przebywa. Pokój Wspólny, którego kolorystyka jest utrzymana w odcieniach bieli, srebra i zieleni, porażał swoją wielkością i wprowadza w zachwyt tych, którzy mają z nim do czynienia po raz pierwszy. Ogień w kominku, zabarwiony na seledynowy, tli się nieznacznie, oczekując zapewne na powrót uczniów. Draco marszczy brwi. Od czasu rozpoczęcia roku szkolnego nie miał jeszcze okazji przebywać w Hogwarcie, dlatego ma nieodparte wrażenie, że coś się stało, coś mu w tym wszystkim nie pasuje.

- Gdzie są wszyscy? Nie trwa właśnie jakaś popołudniowa przerwa czy coś? – pyta Smok, podnosząc się powoli do pozycji siedzącej. Zdążył już pozbyć się swojej peleryny, którą przewiesił przez oparcie krzesła. Rękawy białej koszuli ma podwinięte do łokci, dzięki czemu na lewym przedramieniu można dostrzec czarny Znak. Blaise wzdycha ciężko, spoglądając na swojego przyjaciela. Jego wzrok wygląda, jakby właśnie wrócił z ciężkiej podróży do dalekich zaświatów; jest nieobecny i jakby zmęczony.

- W Wielkiej Sali. Snape zakazał im przebywania na korytarzach czy w Dormitoriach podczas którejkolwiek z przerw. W ten sposób chciał zapobiec mieszaniu się czysto krwistych ze Szlamami czy coś. Chyba nawet przy stołach ich wszystkich dzielą. Z tego co mi wiadomo, Czarodzieje półkrwi i zdrajcy też nie mają prawa z nimi przebywać – chłopak wzrusza na pozór obojętnie ramionami i wraca do wędrowania wzrokiem za  czarnym stworzeniem, które właśnie przepłynęło obok okna.

- A krew na ścianach? – Malfoy musi dowiedzieć się o wszystkim, co miało miejsce w Hogwarcie od pierwszego września. Może gdyby poznał wszystkie części planu Voldemorta i poukładał je jakimś cudem w całość, to łatwiej byłoby to wszystko doprowadzić do końca. Zabini przewraca oczami. Nie ma teraz ochoty na jakiekolwiek rozmowy. Musi zastanowić się nad tym, co napisać w liście do Zakonu Feniksa i jak go dostarczyć tak, żeby nie został przechwycony przez którąkolwiek ze stron. Tylko i wyłącznie Lupin albo Black mogą go dostać.

- Naprawdę, Smoku? Nawet trochę się nie domyślasz? – ciemnoskóry chwyta za oparcie krzesła i przestawia je tak, aby usiąść przodem do przyjaciela. Zaklęciem przywołuje dwie szklanki i butelkę Whisky z barku. – Odkąd Śmierciożercy przejęli zamek stał się on głównym miejscem tortur. Czasami na lekcjach Obrony Przed Czarną Magią Carrow przyprowadza przypadkowych więźniów i torturuje ich, do momentu w którym oszaleją albo umrą. Nie słyszałem żeby zdarzyło mu się użyć Avady, a sam miałem wątpliwą przyjemność wynosić dwa ciała – wzdryga się, przypominając sobie widok pokiereszowanych, martwych ludzi, którzy pustym wzrokiem wpatrywali się w niego zanim zdążył zamknąć im powieki. Do teraz ma wrażenie, jakby przekrwione białka wyrażały oburzenie i żal skierowany pod jego adresem, chociaż to nie on wypowiadał zaklęcia. Jakby już sam fakt, że należy do nich może zrobić z niego zwyrodnialca i kogoś gorszej kategorii. Po chwili kontynuuje. – Uczniowie też nie mają pewności, że dane im będzie ukończyć naukę. Mamy dopiero pierwszy tydzień września, a dwójka Mugolaków nawet nie miała okazji spróbować polatać na miotle – Blaise uśmiecha się krzywo i odwraca wzrok na białą ścianę z dużym herbem Slytherinu, który kiedyś namalował Nott.

         Draco nie ma odwagi przerwać ciszy, która nagle zapanowała w pokoju. Widzi, jak jego przyjaciel przeżywa wszystko, co musi robić, aby nie wzbudzić żadnych podejrzeń. Umysł blondyna zalewa nagle fala niewyobrażalnego poczucia winy. W końcu to on go w to wszystko wciągnął. Osobiście zaproponował mu pomoc Zakonowi Feniksa, a teraz ma wątpliwości czy aby na pewno zrobił to słusznie. Z perspektywy czasu widzi, że to wszystko nie ma sensu. Zakon jest coraz słabszy, a w końcu będzie za słaby na zwycięstwo.

- Diable, ja już tak dłużej nie mogę, rezygnuję – wzdycha ciężko, podnosząc się z łóżka. Przeczesuje włosy dłońmi, odchylając głowę do tyłu. Nie śpi już od kilku dni, ma zbyt dużo na głowie, żeby móc odpocząć. Czuje jak każdy mięsień na jego ciele jest napięty z powodu przemęczenia organizmu.

- Z czego rezygnujesz, Draco? – Blaise marszczy brwi, przyglądając się uważnie zgarbionej posturze przyjaciela. Nic nie rozumie z jego słów. Z czego może zrezygnować? Z bycia Śmierciożercą? To niewykonalne, Czarny Pan by go zabił. Ze swojego życia? Może i Malfoy jest szaleńcem, ale nigdy nie pokusiłby się o odebranie sobie życia, za bardzo boi się tego, co jest po śmierci.

- Z Zakonu Feniksa. Nie dam już tak dłużej rady – na początku, Zabini nie wie, co ma powiedzieć. Jedynie otwiera i zamyka usta, jak ryba wyjęta z wody. Jednak dezorientacja szybko przechodzi w gniew, okazaną najpierw zaciśniętymi dłońmi, a później wyrazem twarzy, którego Dracon na pewno długo nie zapomni.

~*~

         Hermiona stara się powstrzymać od drgnięcia, kiedy twarz Bellatrix znajduje się tak blisko niej, że mogą dotknąć się nosami. Płuca pieką ją niemiłosiernie od wciąż wstrzymywanego oddechu, a serce jakby zwolniło swojego rytmu. Po raz pierwszy od rozpoczęcia wojny zupełnie nie wie, co ma zrobić. Myśli galopują w jej głowie, a bezsensowne pomysły przeplatają się ze sobą jak winorośl, która nie daje możliwości dojścia do głosu racjonalnym rozwiązaniom. Dłoń trzyma zaciśniętą ciasno na rękojeści różdżki, jednak nie może w żaden sposób użyć swojego magicznego atrybutu. Staje na palcach, mocniej wbijając plecy w kamienną ścianę budynku, raniąc je nieznacznie. Ma wrażenie, że tylko ból działa na nią trzeźwiąco i nie pozwala jej zemdleć.

         Wypuszcza drżący oddech, kiedy Śmierciożerczyni w końcu odsuwa się od niej powoli i wymachując rękami na wszystkie strony, mówi coś do siebie. Hermiona kątem oka stara się rozpoznać innych popleczników Lodra Voldemorta, jednak wszyscy z nich mają na twarzach srebrne maski. Dziewczyna obraca czubek różdżki prosto na siebie, nie spuszczając uwagi z krążących przed nią ludzi.

- Silensjo – szepcze. Czujna Bellatrix natychmiast odwraca się w jej stronę i wyciągając zza pazuchy różdżkę, rzuca w nią Zaklęciem Petryfikującym, ale daje radę uchylić się przed nim. Rzuca się przed siebie biegiem, zakręcając w pierwszą lepszą uliczkę.

- Łapać! – do uszu dziewczyny dobiega krzyk czarownicy. Dziewczyna klnie pod nosem, kiedy szelest peleryn informuje ją o rozproszeniu przez wroga. Wie, że żaden z nich nie może jej teraz usłyszeć ani zobaczyć, jednak zdaje sobie również sprawę z tego, że nie może się teleportować. Jest wyczerpana. Stworzyłoby to zbyt duże zagrożenie dla jej życia.

         Hermiona ogląda się szybko przez ramię i uśmiecha do siebie, kiedy nie dostrzega za sobą Śmierciożerców. Przez ciało dziewczyny przechodzi fala ulgi, na myśl o tym, że udało jej się ich wszystkich zgubić. Zwalnia tempa, chcąc uregulować swój urywany oddech. Ma wrażenie, jakby każdy mięsień miała przebity przez milion małych, rozgrzanych do czerwoności szpilek. Chowa się w jednym z zaułków i zatrzymuje w miejscu, opierając dłońmi o chropowatą ścianę.

         Pochyla się do przodu, a jej długie, brązowe włosy spływają po ramionach, łaskocząc ją w zarumienione z wysiłku policzki. Usilnie stara się sobie przypomnieć, gdzie Zakon Feniksa ukrył Świstoklika, zabierającego prosto do Nory dla tych członków, którzy natychmiast potrzebują pomocy. Wie, że korzystając z niego działa, jakby już się poddała, jednak ma cichą nadzieję, że zdoła uciec zanim ktokolwiek zorientuje się, że ktoś pojawił się na terenach Weasley’ów. Z ust Granger wydobywa się ciche westchnienie, kiedy odpycha się mocno od ściany, wkładając w to resztki swoich sił i wolnym krokiem rusza przed siebie, prosto na stację King’s Kross.

         Widoki, jakie mija po drodze przyprawiają ją o nieprzyjemne dreszcze, rozchodzące się od kręgosłupa po całym ciele. Londyn od zawsze był, jest i najprawdopodobniej będzie jej ukochanym miastem. Jednak wojna doprowadziła go niemalże do ruiny. Elewacje bloków obsypują się, a w niektórych miejscach brakuje kilku fragmentów ścian. Wszystkie okna są pozasłaniane przez rolety – jedyny kolorowy element z całego otoczenia. Ziemia z trawników jest rozsypana po wszystkich chodnikach i miesza się ze śmieciami, które są w stanie, kiedy samodzielnie wychodzą z kontenerów, śmietników i worków. Wzdryga się, widząc jak banda kotów zjada jakieś martwe zwierze, nieustannie bijąc się o każdy kęs.

         Zastyga w miejscu, kiedy słyszy szelest za plecami. Przez chwilę wydaje jej się, że to po prostu zwierzęta, włóczące się po ulicach miasta, albo jakiś gołąb, który właśnie przysiadł na jednej z przerdzewiałych w kilku miejscach rur. Nie ma odwagi obrócić się za siebie chociaż wie, że w dalszym ciągu znajduje się pod wpływem zaklęć, rzuconych zaledwie kilkanaście minut wcześniej. Przełyka ślinę, powoli unosząc nogę, aby zrobić krok. Jednak niski, męski krzyk nie pozwala jej nawet ruszyć się z miejsca.

- Crucio! – czerwone światło z niewyobrażalną prędkością przecina powietrze, uderzając prosto między łopatki Hermiony. Dziewczyna wypuszcza różdżkę, która toczy się po nierównej kostce brukowej i zatrzymuje dopiero na większej wypukłości, a sama opada na kolana, mocno je kalecząc. Głośny krzyk wyrywa się z jej gardła, a całe ciało pali żywym ogniem. Zaciska mocno powieki, podpierając się w ostatnim momencie na otwartych dłoniach, ratując nos przed złamaniem.

         Czuje gorące łzy, spływające po policzkach, kiedy kuli się na ziemi. Rana na łydce otwiera się, a z niej zaczyna wypływać szkarłatne krew, plamiąca nogawkę spodni. Ma wrażenie, jakby każdy fragment i tak obolałego ciała, rozrywał się na kawałki, a później składał, żeby móc to powtórzyć. Słyszy tubalny śmiech Śmerciożercy, stojącego teraz w zaledwie kilkunastocentymetrowej odległości od swojej ofiary. Granger domyśla się, że wszystkie zaklęcia kamuflujące, pod jakimi się ukryła, przestały działać w momencie, kiedy zgubiła różdżkę. Przewraca się na bok, gdy tylko klątwa ustępuje i drżąc, otwiera powoli powieki, patrząc na swojego oprawcę przekrwionymi oczami. Za rozmazanym obrazem dostrzega jego szeroki uśmiech tryumfu i koniec różdżki, wycelowany prosto w jej pierś. Oddycha ciężko, czekając na to, co za chwilę ponownie nastąpi.

- Nie ładnie Szlamo, nie krzyczałaś zbyt głośno, żeby ściągnąć do nas moich przyjaciół. Musisz się teraz bardziej poprawić – kpi, mierząc ją zadowolonym spojrzeniem. – Crucio! – wypowiada znowu, a Hermiona błaga Godryka Gryfindora o ciemność, która jako jedyna może uchronić ją od tego cholernego cierpienia.

~*~

         Ron Weasley znany jest wszystkim głównie ze swojego lenistwa. Nikt nie wchodzi do jego pokoju przed trzynastą, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że i tak nie będzie miał z kim rozmawiać. Niedzielne popołudnia i wieczory preferuje spędzać w miejscach, gdzie nie dosięgnie go wzrok mamy, która na pewno zadałaby mu milion prac domowych do wykonania na wczoraj. Jedynym, co może zmusić go do dobrowolnego ruchu jest zapach przepysznych specjałów z kuchni Molly, a i to czasami jest niewystarczające.

         Nie miał zamiaru jakoś specjalnie ukrywać, że wojna zmieniła cokolwiek w kwestii jego postrzegania świata. Dobry sen w dalszym ciągu znajdował się u niego na pierwszym miejscu, a wszystko inne mogło poczekać. Dlatego, kiedy poczuł jak ktoś niemiłosiernie zaczyna szarpać jego ramię, przy okazji powtarzając mu własne imię nad uchem jak mantrę, miał ochotę potraktować go kopniakiem. Mrucząc cicho pod nosem przekleństwa, których i tak żaden z nich nie zrozumiał, przekręca się w końcu na plecy, leniwie otwierając oczy.

- Ron do cholery jasnej, wstawaj! Musimy się zbierać! – nieprzyjemny głos Harry’ego, który brzmi jakby on sam przed chwilą podniósł się z łóżka, powoduje nieprzyjemny, tępy ból głowy rudzielca. Chłopak krzywi się mocno, powoli podnosząc do pozycji siedzącej. Ziewa lekceważąco, przeciąga się i z cichym mlaśnięciem odwraca przodem do zdenerwowanego przyjaciela.

- Powiedz Hermionie, żeby sobie odpuściła. Jeżeli jeden dzień nie będzie brała udziału w wojnie, to nic się nie stanie. I tak nie ma żadnego pomysłu na działanie – Gryfon wzrusza beztrosko ramionami, kładąc głowę z powrotem na poduszce. Po chwili zastanowienia naciąga na głowę kołdrę, chcąc w ten sposób zagłuszyć nieustanne gadanie Pottera. Kocha go jak brata, ale czasami mógłby wyluzować. On i Hermiona, oboje za bardzo się tym wszystkim przejmują.

- Aquamenti! – z różdżki Wybrańca, znajdującej się naprzeciwko kawałka rudej czupryny Rona, wystającej spod nakrycia, wystrzela strumień zimnej, lodowatej wręcz, wody. Chłopak podrywa się na równe nogi, chwytając za oba końce kołdry, robiąc z niej swoją tarczę, która ma uchronić do przed atakiem. – Miony tutaj nie ma, gdzieś zniknęła! Prawdopodobnie uciekła i poszła walczyć sama, czy do wystarczający powód, żebyś ruszył swoje pieprzone cztery litery i aportował się ze mną do Londynu, żeby jej szukać zanim wyrządzi sobie jakąś krzywdę?

- No już dobrze, spokojnie, przecież nie wiedziałem – mrucząc cicho pod nosem, Weasley w tempie natychmiastowym podchodzi do ich bagaży, aby przebrać się w czyste ciuchy. Owszem, zagrożenie Herm jest wystarczającym powodem, aby przerwać słodki odpoczynek. Jednak bardziej przekonuje go do tego wyraz twarzy przyjaciela i fakt, że przeklina tylko wtedy, kiedy jest w stanie zamordować pół świata.

~*~

- Ty tępy jak but, egoistyczny, nadęty pajacu! – Draco w ostatni momencie schował się za drzwiami otwartej szafy, unikając w ten sposób trafienia przez kolorowy snop światła. Po ciszy, w której trwali razem z Zabinim, przyjaciel rzucił się na niego. – Ty pedantyczny, zapatrzony w siebie debilu! – chłopak otwiera szeroko oczy, nie wiedząc co się tak właściwie dzieje. Ma wrażenie, że jego jedyna tarcza ochronna zaraz rozpadnie się na kawałki. Klnie szpetnie, dostrzegając swoją różdżkę na łóżku.

- Spokojnie, Blaise! – krzyczy w odpowiedzi i doskakuje do łóżka, jednak w ostatnim momencie zabiera dłoń, unikając w ten sposób zetknięcia jej z czerwoną smugą, która zostawiła czarną, wypaloną plamę na samym środku jego pościeli. – Tylko nie Cruciatusem!

- Ja ci dam spokojnie, ty parszywa mendo! – Diabeł odrzuca różdżkę na bok i podochodzi do swojego przyjaciela. Łapie go za przód białej, rozpiętej pod szyją koszuli i boleśnie uderza nim o ścianę. – Nigdy! Dociera to do ciebie?! Nigdy nie miałem zamiaru zostać Śmierciożercą! Zrobiłem to tylko dlatego, żeby ci pomóc, zakłamany kutasie! Jak pieprzony Gryfon, nie chcąc cię zostawić z tym wszystkim samemu, zgodziłem się na pierdolony Mroczny Znak, który zostanie mi już do końca życia! Od roku znoszę wszystkie zachcianki Czarnego Pana tylko po to, żeby nie skończyć pod jego stopami ugodzony jednym, durnym zaklęciem jak ten ostatni pies! Od tygodnia wysłuchuje wrzasków niewinnych ludzi i patrzę na śmierć jeszcze bardziej niewinnych ludzi, a przy okazji zadaje się z tymi wszystkimi zakłamanymi wszami tylko po to, żeby usłyszeć od ciebie, jedynego człowieka na ziemi, za którym jestem w stanie wskoczyć w ogień, że tak po prostu, kurwa, rezygnujesz?! – Zabini, w napadzie swojego szału szarpie Malfoy’em, przez co jego głowa boleśnie zderza się ze ścianą. Jęczy cicho, zamyka oczy i zaciska dłonie na nadgarstkach przyjaciela. Nie jest w stanie się odezwać, wciąż oszołomiony jego nagłym wybuchem. – Otóż mam ci do zakomunikowania, że jedynym z czego możesz zrezygnować, jest twoja popierdolona głupota! Oznajmiam ci w tym miejscu, że dalej będziesz szpiegować, ba! Dalej będziesz kryć Zakon Feniksa, a ja dalej ci w tym będę pomagać! I że jeśli jeszcze chociażby jeden raz usłyszę coś tak niedorzecznego, to nie skończy się tylko na tym – czarnoskóry odsuwa się od blondyna, bierze zamach i układając palce w pięść, uderza go z całej siły w twarz, przez co z jego wargi tryska krew. Draco zatacza się, ledwo  utrzymując równowagę. Zabini wychodzi z pokoju, mocno trzaskając za sobą drzwiami.

         Ślizgon pochyla się do przodu i jedną ręką opierając się o swoje kolana, drugą przykłada do krwawiącego miejsca. Dalej nie może uwierzyć, że ktoś tak opanowany jak jego przyjaciel, potrafi tak bardzo dać ponieść się emocjom. Chłopak prostuje się i podchodzi do łóżka, zgarniając z niego różdżkę. Jednym machnięciem leczy ranę i zmywa rozmazaną krew z policzka. Wie, że zasłużył sobie na to całe kazanie i cios prosto w twarz, jednak nie zamierza odpuścić Zabiniemu. Nie może mu przecież pokazać, że ma rację. Podnosi wzrok na drzwi, które otwierając się z głośnym szczękiem zamka. Marszczy zdziwiony brwi, dostrzegając w nich Pansy, ubraną w szaty Slytherinu.

- Zbieraj się Malfoy. Przyprowadzili jakiegoś nowego więźnia i koniecznie chcą, żebyś był na pierwszym przesłuchaniu – dziewczyna zaczyna się wycofywać, jednak w ostatnim momencie zatrzymuje się i uśmiecha jednym kącikiem ust. – Aha. A później przyjdę poplotkować. Muszę wiedzieć, co zrobiłeś, że Blaise wygląda jak chodząca chmura gradowa.

~*~

Szybko bo szybko, ale przynajmniej coś się zadziało.
Może to mój powrót do tego opowiadania. Mam milion pomysłów na to co dalej, tylko jak Ron – brak chęci do zrobienia czegokolwiek, a już na pewno do podniesienia się z łóżka, żeby podejść do komputera.
Przepraszam za ewentualne błędy, starałam się wszystko poprawić. W dalszym ciągu potrzebuję nawiązać współpracę z kimś, kto odwali za mnie tą brudną robotę. Znaczy pomoże w udoskonaleniu opowiadania, oczywiście.
Pozdrawiam z okolic Augsburga i życzę dobrej nocy,
Cave xx

1 komentarz:

  1. Jest świetne!
    Wstawiaj nowy rozdział!!!
    Juuuż!!!!
    BO UMRĘ

    OdpowiedzUsuń