wtorek, 11 października 2016

(13) Rozdział Trzynasty Część Pierwsza



Bywały takie sytuacje, w których ryzyko stawało się dla mnie ostatnią deską ratunku. Nie miałam już nic do stracenia, a niemiłosierny czas przypominał mi o tym, jak bardzo byłam niezdolna do myślenia w krytycznych sytuacjach. To zmęczenie posuwało mnie do tego, że musiałam się chwytać czegoś, o czym jeszcze kilkanaście miesięcy wcześniej nie chciałam nawet myśleć.

         Czarna peleryna Draco szeleści, powiewając niebezpiecznie z każdym jego mocnym, zdecydowanym krokiem. Głowę ma wysoko uniesioną, dłonie i szczękę mocno zaciśnięte, a powieki lekko przymrużone. Chłopak czuje, że każdy mięsień w jego wyprostowanym jak struna ciele jest napięty. Nie reaguje w żaden sposób, kiedy Śmierciożercy, których mija na szkolnym korytarzu witają się z nim, by następnie zejść z drogi. Wiedzą, że jest wściekły, przez co nie chcą z nim zadrzeć i narazić się w ten sposób na ewentualne nieprzyjemności.

         Szybkim krokiem schodzi po schodach, prowadzących prosto do lochu. Skręca w lewo i w towarzystwie swoich głośnych kroków, odpijających się echem od kamiennych ścian, podąża w kierunku więziennych celi, zatrzymując się w końcu przy tej, należącej do Granger. Uderza lekko w potylicę przyjaciela, do tej pory śpiącego na krześle, a następnie robi krok w kierunku metalowych prętów, za którymi przebywa wciąż nieprzytomna dziewczyna; już od dwóch dnie nie mają z nią żadnego, nawet najmniejszego kontaktu. Przekręca się przodem do Blaise'a, mierząc go badawczym spojrzeniem. Wie, że jest na niego zły za wyrwanie z drzemki, jednak nie ma na to czasu. Są ważniejsze rzeczy niż odpoczynek.

- Przyprowadzili ich tu w końcu - mówi lekko zachrypniętym głosem. Kościstymi palcami przeczesuje lekko już przydługie włosy tak, aby nie leciały mu do niebieskich oczu i opiera się plecami o kraty. Ręce krzyżuje na klace piersiowej, przez co biała koszula napina się mocno na jego bicepsach. - Ale nie sprowadzą ich do lochów. Czarny Pan chce jak najszybciej wydobyć wszystkie potrzebne informacje, dlatego przychodzą po nią - tu urywa na chwilę, aby wskazać głową na brązowowłosą - i od razu zaczynają przedstawienie w Wielkiej Sali. Podobno odwołali wszystkie zajęcia, żeby urządzić fetę na cześć Voldemorta - syczy i krzywi się z odrazą, wypowiadając ostatnie słowo. Zabini kiwa lekko głową, po czym podnosi się z siedzenia i ociera spocone dłonie o materiał czarnych spodni.

- Pewnie mają być tam wszyscy - unosi nieznacznie brwi, marszcząc je kiedy przyjaciel odpowiada przeczącym kiwnięciem głowy. - Czarny Pan nie chce pokazać tym wszystkim dzieciakom jak zamierza się z nimi obejść, jeżeli nie będą mu odpowiednio posłuszne i do takiego samego posłuszeństwa nie przekonają swoich czysto krwistych rodziców? - pyta z ironią, wsuwając dłonie do kieszeni.

- To impreza zamknięta. Nawet nie wszyscy Śmierciożercy będą mieli wstęp, w końcu ktoś musi pilnować uczniów aby nie spiskowali i nie wychodzili nigdzie dalej niż Pokój Wspólny - blondyn przewraca lekceważąco oczami, zaczynając kołysać się w przód i w tył na stopach. - Ale nie musisz się martwić, mój drogi przyjacielu, załatwiłem nam odpowiednie miejsca w pierwszym rzędzie - uśmiecha się do niego złośliwie. Poważnieje od razu, kiedy słyszy zbliżające się kroki. Natychmiast odsuwa się od celi Gryfonki i opada na krzesło, jakby to właśnie on pełnił swoją wartę; chociaż wszyscy dobrze wiedzieli, że tak nie było. Blaise już od kilku dni jest postrzegany jako popychadło młodego Malfoy'a. Wbrew pozorom większość zazdrości mu tej, rzekomo zaszczytnej funkcji.

         Kiedy przybysz zatrzymuje się kilka kroków przed nimi, jasnowłosy unosi niechętnie głowę i z lekceważąco uniesioną brwią, mierzy go spojrzeniem. Wzdycha ciężko, odwraca wzrok z powrotem na dziewczynę, płasko leżącą na plecach na drewnianej pryczy.

- Mogłeś powiedzieć, że przyjdziesz Nott - mamrocze pod nosem. Palce u dłoni splata ze sobą, układające na brzuchu. - Mów co chcesz i idź sobie, bo rozmawiamy tutaj z Zabinim. Super tajne, super ważne i tak dalej, rozumiesz o co chodzi - macha na Ślizgona ręką, odprawiając go w ten sposób. Czarnoskóry odkasłuje kilka razy, chcąc w ten sposób odwrócić uwagę chłopaków od swoich trzęsących się od powstrzymywanego śmiechu ramion. Po chwili złącza dłonie na swoich plecach i unosi nieznacznie podbródek, mierząc Śmierciożercę wzrokiem. Kiedyś byli dobrymi przyjaciółmi, jednak teraz oddalili sie od siebie. Teodor i jego rodzina zbliżyła się mocno do Czarnego Pana, a on sam wydawał się być z tego powodu niezmiernie zadowolony. Owszem, próbował zbliżyć się do Draco ze względu na to, jak wielki łaski w oczach Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać mają jego rodzice, jednak chłopak nie był skory do zadawania się z kimkolwiek jego pokroju.

- Nie tym razem, Malfoy. Przyszedłem tu, żeby powiedzieć ci, że masz ocucić Szlamę i przyprowadzić ją do Wielkiej Sali - syczy pod nosem przez mocno zaciśnięte zęby. Blondyn udaje, że w ogóle nie usłyszał jego słów. Nott przewraca oczami, po czym wyciąga z kieszeni niewielką fiolkę z połyskującym w blasku świec eliksirem i rzuca nią w kierunku Blaise'a, podejrzewając że arystokrata, siedzący w nonszalanckiej pozycji, może nie zorientować się w odpowiednim momencie i nie złapać jej, przez co rozbiłaby mu się o głowę. Owszem, jest to kusząca wizja, jednak chłopak nie chce narazić swojej skóry, a Malfoy na pewno poleciałby do swoich rodziców ze skargą. A oni wciąż są wyżej ustawieni w szeregach niż rodzice Teodora.

         Po kilkusekundowej ciszy, w jakiej przebywają, Ślizgon schyla niechętnie głowę na pożegnanie, po czym odwraca się na pięcie i szybkim krokiem opuszcza lochy, udając się prawdopodobnie na patrolowanie korytarzy. Draco wypuszcza z płuc powietrze ze świstem, po czym odbiera od przyjaciela niewielkich rozmiarów naczynie, zawierające nieznany mu specyfik.

- Wiesz, że prawdopodobnie ta cała szopka nie obędzie się bez złych konsekwencji dla naszej dwójki? - zaczyna powoli jasnowłosy, po czym wchodzi do wnętrza celi, podchodzi do pryczy i siada na niej, skupiając całą swoją uwagę na ciemnoskórym. Ten kiwa głową, chcąc aby Ślizgon kontynuował swoją myśl. - Ty też wcale nie musisz tam iść. Chciałem po prostu jakiegoś wsparcia, ale nie mogę cię na to narazić - mamrocze pod nosem, odwracając szybko wzrok na nieprzytomną dziewczynę, której głowa znajduje się zaraz przy jego udzie. Jej włosy są rozrzucone dookoła głowy, a oczy zaciskają się mocno, prawdopodobnie pod wpływem jakiegoś koszmaru, do którego doprowadzili ją Śmierciożercy w wciąż tajemniczy dla niego sposób. - Jeżeli nie chce ryzykować i iść tam ze mną, to zrozumiem. Powiedziałem Bellatrix, że jeszcze nie wiem czy będę chciał cię ze sobą zabrać, a zważając na jej duże zainteresowanie tym faktem, wymyśliła coś paskudnego - rozchyla powoli usta brązowowłosej, ówcześnie zgarniając z nich kilka kosmyków i otwierając fiolkę, po czym wlewa całą zawartość do gardła Granger. Jest zdziwiony, że nawet przez chwilę się nie krztusi. Wstaje i odchodzi od niej, domyślając się że musi poczekać chwilę na działanie substancji. Staje przed Zabinim i uśmiecha się do niego krzywo, chcąc w ten sposób pokazać mu, że na pewno ze wszystkim sobie poradzi.

- Chyb oszalałeś - nastolatek natychmiast kręci przecząco głową i wyciąga dłoń w kierunku swojego najlepszego przyjaciela. - Zapomniałeś już, co sobie obiecywaliśmy na początku wojny? Zawsze działamy razem i konsultujemy wszystko ze sobą nawet, jeżeli mieliby nas rozdzielić na dwa krańce magicznego świata, a gdy jeden z nas będzie potrzebował pomocy, to ten drugi niezwłocznie przyjdzie mu jej udzielić, nawet jeżeli będzie chodziło o wyprowadzenie z klubu w jednym kawałku - uśmiecha się złośliwie. - A nie, poczekaj. To ostatnie obiecywałem tylko ja - śmieje się cicho, po czym przyciąga do uścisku blondyna, kiedy ten ujmuje w końcu jego wyciągniętą rękę. Malfoy prycha, jednak w jego oczach doskonale widać rozbawienie.

- Chciałbyś Diable, oboje byliśmy zalani w trzy dupy - kpi, odsuwając się od czarnowłosego, kiedy słyszy za sobą ruch. Granger budzi się i powoli podnosi na łokciach. - Witamy z powrotem wśród żywych. Zbieraj się, zobaczymy jak długo jeszcze będziemy zasilać ich szeregi.

~♦~

         Wielka Sala staje się nadzwyczaj pusta, kiedy stoły zostają zepchnięte pod ściany i znacznie pomniejszone. Nie usunięto ich całkiem, ponieważ Snape kazał ustawić na nich jedzenie dla gości. Zniknęły natomiast ławki, które zamieniono na srebrne krzesła, wykończone zieloną tapicerką. Hermiona musi przyznać, że wyglądają bardzo w stylu tych, którzy kiedyś należeli do domu Salazara Slytherina. Okiennice zasłonięto czarnymi płachtami słabo prześwitującego materiału, przez co w pomieszczeniu panuje ciemność, rozświetlana jedynie nielicznymi, lewitującymi wysoko nad głowami dość licznej grupy Śmierciożerców, świeczkami.

         Hermiona opada na kolana, kiedy duża dłoń Dracona uderza ją prosto między łopatki. Krzywi się na to, jednak nie wydaje nawet westchnienia. Idąc tutaj, obiecała sobie że odejdzie z wysoko uniesioną głową. Może i nie pozwolą jej wstać z kolan, ale na pewno będzie przez cały czas patrzeć prosto w oczy swojego oprawcy. Ciężkie kajdany, które bardziej na pokaz niż aby uniemożliwić jej ucieczkę, brzęczą przy spotkaniu z twardą podłogą. Krzywi się, czując jak wbijają się w jej delikatną skórę i ranią nadgarstki do krwi. Szybko jednak przywraca na twarz obojętny wyraz.

- Jest Szlama! - głośny rechot Bellatrix sprawia, że głowy wszystkich obracają się w kierunku otwartego na oścież wejścia, w którym stoją dwaj Ślizgoni, a ona klęczy u ich stóp, dumnie zadzierając głowę. Obrazek ten powoduje kilka ściszonych chichotów, które docierają do Granger jakby z oddali. Jest zmęczona. Chciałaby, że to wszystko skończyło się jak najszybciej. I tak nie ma najmniejszego zamiaru czegokolwiek im powiedzieć. Nie ważne, jakich tortur użyją, on na pewno dochowa wszystkich tajemnic Zakonu Feniksa. Przysięgała to. Zamieszanie natychmiast cichnie, a oczy gości otwierają się szeroko. Jeden ze stojących najbliżej szybko odzyskuje świadomość i skłania się.

         Hermiona zaciska piekące powieki. Nie musi się odwracać aby wiedzieć, kto stoi za nią. Nawet Malfoy i Zabini szybko odskakują na boki. Dziewczyna czuje nieprzyjemne zimno na plecach, przez co wzdłuż jej kręgosłupa przechodzi nieprzyjemny dreszcz. Z powrotem otwiera oczy, kiedy słyszy ciche kroki po swojej prawej stronie. Zaciska szczękę, czując łuski, ocierające się przez materiał spodni o jej obolałe udo. Drzwi zamykają się z głośnym hukiem, a w myślach nastolatki powoli, jak stary film z rodzinnego archiwum Grangerów zaczynają przewijać się najdalsze wspomnienia - rodzice w ogrodzie, huśtający się na drewnianej huśtawce, kiedy ona brodzi w niewielkim, dmuchanym basenie, który dostała od nich na piąte urodziny; pierwszy dzień w mugolskiej szkole, do której uczęszczała przed otrzymaniem listu z Hogwartu; niemagiczni przyjaciele, śmiejący się wraz z nią z jakiejś głupiej komedii, kiedy urządziła ich spotkanie po latach w jeden z gorących, wakacyjnych dni; czas spędzony w Norze; nieśmiałe pocałunki z Ronem; zakupy na pokątnej, na które tak często zabierała ją Ginny, rozentuzjazmowana na samą myśl o wzbogaceniu swojej szafy o kilka nowych, bardzo modnych ciuchów... Wspomnienia zostają zepchnięte w głąb umysłu Gryfonki, kiedy do jej uszu dociera cichy, przeciągający literę s głos, którego nienawidzi od samego początku, kiedy poznała prawdę o jego właścicielu.

- Witam panią, panno Granger - nic nie odpowiada. Jedynie patrzy na niego z nieukrywaną nienawiścią i obrzydzeniem, których on sam by się nie powstydził. Ohydny uśmiech rozciąga usta Czarnego Pana. Dziewczyna drga lekko, kiedy widzi jak sięga po różdżkę. Owija dookoła niej swoje długie palce i wymierza prosto w jej pierś. Czuje coraz szybszy oddech w swojej piersi. Nie poddaje się. Utrzymuje kontakt wzrokowy. Coraz więcej zadowolenia pojawia się na twarzy Toma. Jest zdziwiona, że nie ukrywa uczuć tak, jak robią to nieustannie jego sługusi. Może czytać mu z oczu jak z otwartej księgi. Szał radości pochodzący z krzywdzenia.

         Zaciska mocno szczękę i napina mięśnie. Nie zamyka oczu. Patrzy na niego tak, żeby widział w jej źrenicach wyzwanie. Ból rozchodzi się po jej ciele. Pali ją żywym ognie. Pochyla się nieznacznie do przodu. Jest wściekła na siebie, że nie może powstrzymać łez, obficie płynących po bladych i zapadniętych z wygłodzenia policzkach. Chwieje się, ale nie opuszcza głowy. Cichy śmiech rozchodzi się po sali. Śmierciożercy natychmiast mu wtórują.

- Podoba mi się taka zabawa - syczy, cofając się kilka kroków w tył. Granger wie, że to nie było najsilniejsze zaklęcie, jakim mógłby ją obdarzyć. Przygląda się temu, jak machnięciem ręki przywołuje do siebie jednego ze sługusów. Dusi w sobie chęć prychnięcia, kiedy dostrzega, że to ojciec Dracona. - Chyba pora pokazać, kim są goście honorowi naszego wieczoru - unosi wyżej kąciki ust, ukazując wszystkie swoje krzywe, przerażające jak on sam, zęby.

         Hermiona nie musi długo czekać, aż do pomieszczenia wprowadzą Rona, Harry'ego i Ginny. Porusza lekko rękami, chcąc sprawdzić czy uda jej się pozbyć ich bez użycia magii. Niestety, kiedy wydały chrzęszczący, nieprzyjemny dla uszu dźwięk, jedynie spowodowała kolejną falę szyderczego śmiechu. Chce zerknąć na Malfoy'a przez ramię, aby sprawdzić czy wymyślił już coś sensownego, jednak nie może tego zrobić. Zdradziłaby go tym posunięciem. Dlatego postanawia improwizować. Przecież nic innego już jej nie pozostaje.

         Kiedy trójka Czarodziei zostaje przytwierdzona za pomocą zaklęcia do ścian, a głosy w Wielkiej Sali ponownie milkną, tym razem to ona zaczyna się śmiać. Odchyla głowę do tyłu, a jej ramiona zaczynają się trząść. Kręci z niedowierzaniem głową, błagając Merlina aby to, co zamierza zrobić zadziałało. W innym przypadku pozostanie jej tylko pokornie czekać na szybką i mało bolesną śmierć.

- Naprawdę myślisz, że to zadziała, Voldemort? - kpi, specjalnie używając jego imienia. Chce ściągnąć cały gniew Toma na siebie. W ten sposób może jakoś przyjaciołom uda sie uwolnić i uciec z tego przeklętego miejsca. - Oni nic nie znaczą, rozumiesz? Ponad rok nie interesowali się tym, co ze mną było. Kilkanaście długich miesięcy czekali jedynie na potwierdzoną informację o mojej śmierci. Nie zrobili zupełnie nic! Skazali mnie na samotność. Naprawdę myślisz, że chciałabym się dla nic teraz poświęcić? Dla ludzi, którzy dla mnie nie poświęcili nawet kilku godzin swojego cennego czasu? - pyt gorzko, a każde słowo, które wypowiada powoduje kolejne szpilki, trafiająco prosto w obolałe, zmęczone szarą codziennością wojny serce. Kręci głową, chcąc odpędzić od siebie niepożądane myśli. Na pewno mieli jakiś powód, dla którego porzucili walkę i ukryli się w Norze. Powtarza sobie. - Ty wiesz, co to oznacza, prawda? Wiesz jak to jest być samotnym. Nigdy nie miałeś nikogo, kto mógłby ci pokazać jak to jest kochać, nawet nie potrafisz kochać. Otaczasz się bandą półgłówków, bezwzględnie ci oddanych tylko dlatego, że się ciebie boją. A ty wmawiasz sobie, że ci tchórze wielbią cię za to, jak potężny jesteś. Jesteś głupcem, Riddle, jeszcze większym niż oni - ciche szepty odbijają się echem w głowie nastolatki. Uważnie obserwuje, jak przez twarz Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać przemyka wyraz konsternacji, który w bardzo szybkim tempie zmienia się w niewyobrażalną wściekłość.

         Wszystkie rozmowy zostają w momencie zagłuszone przez donośny krzyk dziewczyny, kiedy Czarny Pan wykrzykuje formułkę jednego z Zaklęć Zakazanych. Kajdany natychmiast rozpadają się, a ciało Gryfonki zostaje opanowane przez konwulsje i kolejne dawki niewyobrażalnego bólu. Piszczy głośno, wyginając plecy w łuk, kiedy kolejna fala przeszywa jej drobne ciało. Zaciska mocno powieki i usta, rzucając się po kamiennej podłodze. Uderza o nią zaciśniętymi pięściami do momentu, w którym łamie sobie małe palce. Kręci głową, chcąc powstrzymać się od wypowiedzenia jakiegokolwiek błagania. Wspomnienia znów przemykają przez jej umysł, jednak teraz robią to z wręcz zawrotną prędkością. Zdają się być dla niej jedynym antidotum na cierpienie.

- Głupia, nic niewarta Szlamo, nie masz nawet prawa do tego, żeby żyć, więc dlaczego uznałaś, że możesz cokolwiek powiedzieć?! - krzyczy Voldemort, a w jego postawie widząc furię. Jest lekko pochylony, a palce zaciskają się na różdżce tak, że o mało nie pęknie. Zarzuca swoją szatą i zdecydowanym krokiem podchodzi do największego z siedzeń, które stoi tam, gdzie normalnie stół nauczycielski. Hermiona sapie cicho, opadając na plecy kiedy konwulsje w końcu ustępują. Jej oddech jest nieregularny, przyspieszony i sprawia ból za każdym razem, kiedy żebra muszą się poruszyć. Patrzy nieprzytomnym wzrokiem na swojego oprawcę. Na policzkach ma widoczne, mokre ślady po łzach. Tom wykonuje jedno machnięcie dłonią, a przy jego boku natychmiast pojawia się Bella. Miona zamyka na chwilę oczy. Nie ma co liczyć na szybki koniec. Dusi w piersi szloch, spowodowany słowami Czarnoksiężnika. - Mam nadzieję, że wiesz jak nas odpowiednio zabawić, Bello.

3 komentarze:

  1. Kocham.
    To opowiadanie jest najlepszym, jakie czytałam, a było ich sporo.
    Jestem zachwycona twoim stylem i twoimi pomysłami.
    Nadal mam przed oczami Hermionę i Voldemorta. Fantastycznie to przedstawiłaś!
    I nie ma romansu, który by przysłaniał całą resztę opowiadania.
    Czekam na next :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładny odcinek. Podoba mi się to, jak opisałaś myśli i uczucia Panny Granger. No uwielbiam! Ciekawi mnie reakcja Draco na postawę Gryfonki. Jest zdziwiony, domyśla się dlaczego to robi? I co z jej przyjaciółmi? Naprawdę wierzą w to co mówi Panną Granger? Ciekawe.
    Czekam na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń