piątek, 28 października 2016

(15) Rozdział Piętnasty


Nie miałam już siły. Chciałam, aby ta katorga, aby wojna skończyła się jak najszybciej. Wiedziałam, że nie jestem w stanie znieść kolejnych porażek, dlatego postanowiłam dać sobie czas na odpoczynek, regenerację sił i ułożenie planu działania, aby w końcu móc stanąć po zwycięskiej stronie.
         Głośny grzmot przecina nocną ciszę. Hermiona podrywa się na łóżku i bierze głęboki oddech, rozglądając się dookoła siebie szeroko otwartymi oczami. Rozgląda się niepewnie dookoła. Nie wie, gdzie jest. Dreszcz strachu przechodzi wzdłuż jej kręgosłupa powodując gęsią skórkę na całym ciele. Czy przenieśli ją do jakiejś innej celi? To niemożliwe. Na pewno nie leżałaby wtedy na wygodnym łóżku, w czystym ubraniu i dokładnie opatulona ciepłą kołdrą. A może umarła i jest po drugiej stronie? W końcu Bellatrix nie oszczędzała się podczas tortur, a ostatnie co dziewczyna pamięta to jasny błysk zielonego, tak dobrze znanego jej światła.

         Zdejmuje powoli nogi z łóżka, spuszczając stopy na podłogę. Krzywi się mocno przy nieprzyjemnym spotkaniu skóry podeszew z zimną powierzchnią. Dopiero teraz zauważa, że okno znajdujące się po lewej stronie jest uchylone nieznacznie, przez co do pomieszczenia wpada chłodne powietrze. Marszczy brwi, kiedy do jej uszu docierają głośne, męskie krzyki. W niebie raczej by ich nie słyszała, przecież tam wszyscy są szczęśliwi i nie mają żadnych męczących ich trosk. Czy to znaczy, że skończyła w piekle i wrzaski są wydawane przez jakieś utrapione, nieustannie torturowane dusze?

         Wstaje powoli z łóżka, ignorując bolesne pulsowanie przedramienia. Doskonale wie, co się na nim znajduje i pomimo tego, że rany wycięte ostrym nożem są zawinięte w biały bandaż nie chce na niego patrzeć. Wolnym krokiem podchodzi do drzwi, po czym uchyla je i wychodzi z pokoju. Westchnienie ulgi ucieka z jej rozchylonych ust, kiedy dociera do niej, że znajduje się w znajomym korytarzu Nory. Uśmiecha się delikatnie na myśl, że jeszcze nie opuściła tego padołu na dobre.

         Wzdryga się, kiedy słyszy kolejny krzyk. Musi wiedzieć, co się dzieje. Wolnym krokiem podchodzi do drzwi i kładzie dłoń na klamce. Naciska ją i pcha drewniany przedmiot do środka, jednak sama nie wchodzi. Unosi dłonie, przyglądając się szeroko otwartymi oczami temu, co dzieje się z nieukrywanym wyrazem przerażenia na twarzy. Kręci głową, nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Na podłodze leży Malfoy. Jego nos jest na pewno złamany i wypływa z niego cienka stróżka krwi, brudząca białą koszulę. Swoje nienawistne spojrzenie wbija w Rona, który stoi na przeciwko niego i z szerokim uśmiechem zadowolenia mierzy w blondyna swoją różdżką. Słysząc cichy jęk, Hermiona przenosi spojrzenie pod ścianę, gdzie Zabini stara się ocucić nieprzytomnego Notta. Sam wygląda, jakby właśnie przebiegło po nim stado mamutów. Podpiera się na jednej ręce, a całe jego ciało rozciągnięte jest po podłodze. Dziewczyna zakrywa usta dłońmi, szybko się reflektując. Sięga po różdżkę i z jeszcze większym przerażeniem zauważa, że nie ma ze sobą różdżki. Zaciska dłonie i powieki, starając się zapanować nad nerwami. Nie może tak reagować. Wojna wciąż trwa, a ona potrzebuje chwilowej rekonwalescencji, co nie znaczy, że nie może pomóc tym, którzy uratowali ją przed śmiercią.

         W kilku krokach podchodzi do rudowłosego chłopaka i jednym kopnięciem wytrąca mu magiczny atrybut z dłoni. Ten w odpowiedzi syczy cicho i odwraca się do niej przodem. Mierzy ją nienawistnym spojrzeniem, pocierając obolałe miejsce. Podbiega do różdżki tak szybko jak może i zbiera ją, cofając się o kilka kroków w tył, bliżej Ślizgonów.

— Możesz mi powiedzieć, co ty robisz Hermiono? — warknął mało uprzejmie, wyciągając przed siebie rękę. Czuje na sobie spojrzenie dwóch przytomnych chłopków, jednak ignoruje to i wyciąga przed siebie różdżkę. Może nie w magiczny sposób, ale zdołała ją przejąć, jest teraz jej właścicielką. — Zastanów się dobrze, co robisz. Jesteś zmęczona i rozumiem to. Oddaj mi moją własność i pozwól skończyć to, co zacząłem — cedzi powoli przez mocno zaciśnięte zęby, nawet na chwilę nie opuszczając dłoni i nie spuszczając z niej wzroku. Mierzą się przez chwilę, spędzoną w całkowitej ciszy. Po niej, dziewczyna unosi dumnie głowę i kręci przecząco głową.

— Oni uratowali mi życie, tobie z resztą też. Ty i Harry nie zrobiliście zupełnie nic, żeby wyciągnąć mnie z Hogwartu, nie pozwolę ci teraz chociażby podnieść na nich ręki, nie mówiąc już o rzekomym wymierzaniu sprawiedliwości — odsuwa się jeszcze o krok do tyłu, kiedy czuje nieprzyjemny podmuch wiatru na stopach w momencie, gdy ktoś otwiera drzwi, powodując tym samym przeciąg. Wszyscy, oprócz Granger, odwracają w tamtym kierunku spojrzenia. Ona wie, że nie należy tracić czujności. Ron, wbrew wszystkim pozorom, nie jest głupi. Potrafi wykorzystać chwilę słabości. A to mogłoby się dla nich bardzo źle skończyć.

— Co tutaj się dzieje? — Harry pyta lekko uniesionym głosem, zamykając za sobą wejście. Nie chce, żeby ktoś zobaczył ich w takiej sytuacji. To mogłoby się skończyć źle dla jednego z jego przyjaciół, a on nie może do tego dopuścić. Już dawno obiecał sobie, że będzie chronić ich obojga, nawet przed samymi sobą. — Hermiona daj mi to — podchodzi do dziewczyny, ale ona kręci energicznie głową, natychmiast się od niego odsuwając. Mierzy ich wszystkich nienawistnym spojrzeniem. Nie ufa żadnemu.

— Ona zwariowała, Harry. Rzuciła się na mnie zupełnie bez powodu — dziewczyna przewraca oczami, kiedy palec rudego wskazuje na jej wychudzone ciało. Ignorując jego, to jak absurdalnie się zachowuje i klęka przy blondynie, kładąc mu dłoń na ramieniu.

— Wszystko w porządku? — pyta cicho, zerkając kątem oka na różdżkę, trzymaną w dłoni. Krzywi się mocno, widząc w jakim jest stanie. Przez myśl przebiega jej, że takim czymś nie można rzucić szkodliwej klątwy.

— Ja dam radę, idź pomóż Teodorowi — mamrocze cicho chłopak i palcem wskazuje dziewczynie miejsce, gdzie znajduje się jego różdżka. Hermiona kiwa lekko głową, jakby potwierdzając, że dotarł do niej sens jego słów i podchodzi do ciemnego patyka, wykonanego z wiązowego drewna. Chwyta go i zaciska na nim palce. Czuje nieprzyjemny prąd. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że rdzeń walczy z nią, nie rozpoznając w jej dotyku swojego właściciela. Postanawia jednak zaryzykować.

         Celuje nią w nieprzytomnego Ślizgona i szepcze kilka zaklęć leczniczych. Na skroni dziewczyny pojawia się drobna kropelka potu, spowodowana wysiłkiem jaki wkłada w to, żeby skupić się tylko na magii. Kolorowe błyski trafiają celnie w ciało Notta, który porusza się niespokojnie. Po chwili chłopak otwiera szeroko oczy, zaciągając się powietrzem. Dziewczyna pozwala sobie na ciche westchnienie ulgi. Wszystko jest w porządku.

         Wraca do Malfoy'a i zanim ten zdąży zareagować w jakikolwiek sposób, leczy jego rany kilkoma zaklęciami. To samo robi z Zabinim, starającym się przywrócić świadomość przyjacielowi. Granger oddaje różdżkę blondynowi i wychodzi z pomieszczenia, wracając do swojego pokoju. Adrenalina, którą dotąd krążyła w jej żyłach, mieszając się z krwią, na powrót ustępuje miejsca zmęczeniu. A ona nie zamierza z nim walczyć. W końcu może pozwolić sobie na chwile słabości i wie, że nikt nie będzie jej za to oceniać. Zrobiła wiele, zbyt wiele powodując tym samym, że podupadła na zdrowiu. Czy trwale? Tego jeszcze nie wie, ale poprosi Syriusza o pomoc w dowiedzeniu się tego.

         Zamyka za sobą po cichu drzwi. Opiera się o nie, zamykając na chwilę oczy; po tym rozgląda się uważnie po pomieszczeniu, a delikatny uśmiech wpływa na jej, przeważnie poważną, twarz. Doskonale pamięta chwile z przeszłości, spędzone w tym miejscu. Łóżko, stojące na wprost od wejścia, wciśnięte pod parapet, wciąż skrzypi, kiedy się na nim kładzie, uprzednio przechodząc po wysłużonym, białym dywanie, kontrastującym z ciemnymi, fioletowymi ścianami. Duża szafa stoi na prawo od drzwi, a przy ścianie na przeciwko od łóżka ustawione zostało niewielkie biurko ze starym krzesłem o granatowej tapicerce. Pomieszczenie, może i małe, ale zawsze najbardziej podobało się Hermionie. To tu spała, kiedy spędzała wakacje wspólnie ze swoimi przyjaciółmi. Zamknęła oczy, pozwalając wspomnieniom zapanować nad umysłem i zasnęła po chwili, po raz pierwszy od dawna nie dręczona żadnymi koszmarami.

 ~*~

         Draco, po tym jak Potter wyprowadził z pokoju Weasley'a, podnosi się powoli z podłogi, dziękując w duchu Salazarowi za to, że ciekawość Granger sprowadziła ją do tego cholernego pokoju i dziewczyna mogła ich uratować. Naprawdę bał się o to, czy Teodorowi udało się przeżyć. Wykazując się prawdziwą odwagą -albo głupotą - w ostatnim momencie zasłonił go własnym ciałem przed kolejnymi urokami, rzucanymi przez Rona. Blondyn nie podejrzewał, że to możliwe, jednak nienawidzi rudego jeszcze bardziej niż wcześniej. Przez chwilę naprawdę myślał, że doceni pomoc, jaką włożyli we trójkę w uratowanie Hermiony, jednak on wpadł do ich pokoju i zaczął wykrzykiwać wyzwiska pod ich adresem obiecując, że to ich ostatnie godziny życia.

         Draco podchodzi niespiesznie do przyjaciela i bladego jak kartka papieru 
 Notta, po czym kuca przed nimi i kładzie obojgu dłonie na ramionach. Wzdycha ciężko, zamykając na kilka sekund oczy, chcąc w ten sposób zapanować nad tępym bólem, jaki przeszedł po całym jego ciele.

— Granger chyba niestety spłaciła swój dług wdzięczności wobec nas — mamrocze cicho Blaise, podnosząc się z podłogi i ciągnąc za sobą jasnowłosego przyjaciela. — A szkoda, bo jej pomoc mogłaby być naprawdę bardzo przydatna — dodaje, pomagając doprowadzić do jednego z łóżek ledwo przytomnego Teodora.

— Na pewno nam pomoże, nie musisz się o to martwić, Diable — mówi cicho Malfoy i opada obok chłopaka. — Zastanawiam się tylko, dlaczego ty nam pomogłeś — zwraca się do czarnowłosego Ślizgona, mierząc go uważnym spojrzeniem. Ten w odpowiedzi najpierw wzrusza obojętnie ramionami, chcąc dać sobie w ten sposób chwilę czasu na ułożenie sensownej odpowiedzi.

— Nie tylko ty byłeś szpiegiem, Draco. Jest wielu takich jak my, gotowych poświęcić się, aby tylko Potterowi udało się zlikwidować Czarnego Pana. Po prostu ty byłeś prawdopodobnie tym, który dostarczał najwięcej sensownych informacji, a ja prowokowałem innych do działania tak, żeby nawet nie wiedzieli o mojej świadomości, że przeszli na drugą stronę — chłopak siedzi przez chwilę w ciszy, analizując słowa towarzysza. Zabini, jak to miał w zwyczaju, przyciągnął krzesło i usiadł obok nich. Po chwili przerywa ciszę.

— Mówię wam chłopaki, my, Potter i Granger wygramy tą wojnę. I nie będziemy potrzebowali nikogo więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz