środa, 5 października 2016

(8) Rozdział Ósmy



Więzienie, do którego dostałam się przez brak rozumu nie był pierwszym od początku wojny, do którego trafiłam. Tak naprawdę tkwiłam w jednym, odkąd tylko zostałam sama. Byłam więźniem własnych uczuć, przeżyć i myśli. To właśnie im podporządkowałam swoje zachowanie doprowadzając się do ruiny i izolując od świata, który był dla mnie tak bardzo przerażający.

         Wyrywa się i krzyczy, rzucając coraz to nowymi wyzwiskami w kierunku Śmierciożerców, prowadzących ją niewiadomo dokąd. Jest znacznie osłabiona przez zaklęcia, których doświadczyła wtedy na ulicy. Czuje się jakby była zgwałcona, chociaż żaden z jej oprawców pewnie nawet przez chwilę nie pomyślał o stosunku z nią. Była przecież brudno krwistą, niegodną nawet tego. Jednak duma, którą zbezcześcili nie daje o sobie zapomnieć i doprowadza do wewnętrznej rozpaczy, powodującej burzę w umyśle dziewczyny.

         Słyszy głośny śmiech Bellatrix, idącej na przedzie orszaku, prowadzącego Hermionę na prawdopodobną śmierć. Dziewczyna nie przewiduje dla siebie niczego innego oprócz niej i dawki kolejnego upokorzenia, które służyć ma im wszystkim za dawkę pierwszorzędnej rozrywki. Nieruchomieje, kiedy rozwścieczony mężczyzna rzuca w nią zaklęciem petryfikującym.

         Jej twarz zastyga w dezorientacji z szeroko otwartymi oczami. Czuje się jak wtedy, kiedy zobaczyła oczy bazyliszka kilka lat wstecz, kiedy starała się znaleźć sposób na pokonanie zła, które tępi Czarodziejów i Czarownice z mugolskich domów. W tym momencie żałuje, że nie spojrzała mu prosto w te ohydne ślepia. Przynajmniej nie musiałaby przechodzić przez to wszystko. Szybko odrzuca od siebie tę myśl. Jest przecież Gryfonką, nie może zachowywać się jak tchórz.

         Jedynym, co może w tym momencie robić jest obserwowanie opustoszałych murów Hogwartu. Jedynie kilku Śmierciożerców schodzi im z drogi. Najprawdopodobniej patrolują korytarze, sprawdzając czy przypadkiem jakiś uczeń nie postanowił wybrać się na wagary, albo co gorsza szpiegować. Zaciągnęła się powietrzem, dostrzegając Draco, który idzie im na spotkanie z naprzeciwka. Nie może dostrzec jego ubrania, ponieważ jest schowane pod czarną peleryną. On sam nie zauważa ich od razu, ponieważ zajęty jest mocowaniem się ze skórzanymi rękawiczkami, które usiłuje naciągnąć na dłonie. Staje w miejscu zaraz po tym, jak unosi spojrzenie. Dziewczyna dostrzega złość na jego twarzy, która trwa zaledwie kilka sekund.

- Co ona tutaj robi? Przecież ją zabiłem - syczy, akcentując ostatnie słowo. Hermiona czuje nieprzyjemny dreszcz na plecach. Jest pewna, że gdyby byli sami, zrobiłby to bez najmniejszego zawahania. W końcu po raz kolejny praktycznie go wydała. Beszta się za to w myślach. Niedługo jednak czuje, że źle zrobiła.

- Jak widać nieskutecznie, nie pierwszy raz z resztą - mamrocze jeden z zamaskowanych mężczyzn, znów ruszając. Po chwili schodzą w dół, prosto do lochów. Malfoy i Zabini - który jak zawsze był z nim - idą za nimi, na co wskazuje szelest peleryn. Gdyby tylko mogła, przewróciłaby oczami. Może już przygotowywać się na cały wykład o tym jaka jest głupia. Granger jest ciekawa czy wypomni jej to, jak ostatnio zostawiła go w tym cholernym lesie.

- Porozmawiamy o tym później - skrzeczący głos Belli powoduje, że wszystkie ciche rozmowy od razu urywają się. Kobieta jest prawdopodobnie pierwsza po Voldemorcie, dlatego Śmierciożercy słuchają dokładnie, tego co ma do powiedzenia, w razie gdyby przekazywała jakieś informacje od Czarnego Pana albo wydawała im polecenia. Przynajmniej tak udało się zauważyć Mionie, podczas wielu spotkań z nimi, do których doszło w przeszłości. - Draco, chciałabym żebyś stawił się w gabinecie dyrektora zaraz po zakończeniu lekcji. Nie spóźnij się.

         Hermiona nie słyszy, co odpowiada blondyn, ponieważ ktoś uwalnia jej ciało spod paraliżu, a chwilę potem w mało delikatny sposób pcha na ziemię. Cela zamyka się z głośnym, nieprzyjemnym dla uszu szczękiem szczękiem, a głosy popleczników Voldemorta zaczynają się oddalać.

         Dziewczyna klęczy przez chwilę w ciszy, oddychając ciężko. Zaciska mocno powieki, powstrzymując słone łzy, które niechciane cisną się w ich kącikach. Syczy pod nosem, kiedy uderza otwartą dłonią o kamienne podłoże, nie mogąc się przed tym powstrzymać. Klnie głośno i siada na piętach, odchylając głowę do tyłu. Bierze głęboki oddech, powoli wypuszczając powietrze z płuc przez lekko uchylone usta. Kiedy w końcu udaje jej się zapanować nad nerwami, wstaje, podpierając się o pryczę, którą ma na przeciwko siebie. Dziwi się, że nie uderzyła w nią nosem podczas upadku.

- Niezły teatrzyk, Granger - przekleństwo po raz kolejny wydziera się z jej gardła, kiedy słyszy kpiący głos Dracona. Mimo wszystko miała odrobinę nadziei, że jasnowłosy odpuści sobie chociaż trochę i że poczeka kilka godzin zanim przyjdzie do niej z tymi wszystkimi pretensjami.

         Odwraca się przodem do metalowych prętów, odgradzających ją od wolności i podchodzi do nich niespiesznym krokiem. Po drugiej stronie stoi również Blaise. Oboje opierają się plecami o ścianę na przeciwko jej celi i uważnie się jej przyglądają. Czarnoskóry trzyma ręce skrzyżowane na klatce piersiowej, a jedną nogę ma zgiętą w kolanie. Blondyn natomiast dłonie ma wsadzone głęboko w kieszenie. Pewnie połowa uczennic byłaby gotowa rzucić nie jednym zaklęciem zakazanym za chociaż kilka sekund tego widoku. Na szczęście Hermiona ma swój rozum na właściwym miejscu. Dziewczyna łapie za zimne kraty, zaciskając na nich lekko palce, co chociaż odrobinę uśmierza ból, spowodowany obdartym naskórkiem.

- Dwaj, czarujący książęta Slytherinu. Nigdy nawet nie śmiałabym myśleć, że spotka mnie takie nieszczęście, żeby być przy waszej dwójce w tym samym momencie, musiałam się naprawdę mocno przysłużyć Merlinowi - wzdycha przesadnie głośno i kręci teatralnie głową. Kątem oka dostrzega niewielki uśmiech na twarzy Blaise'a, kiedy Malfoy prycha i zaciska usta w wąską kreskę. Wygląda w tym momencie dokładnie tak samo jak wkurzona profesor McGonagall.

- Jeżeli zaraz się nie zamkniesz, to przysięgam, że zabiję cię zanim ciotka zabierze cię na przesłuchanie - syczy, podchodząc do odciętego pomieszczenia, tak że stoją na przeciwko siebie. Hermiona natychmiast prostuje się i zadziera głowę do tyłu, żeby nawet na moment nie spuszczać spojrzenia z jego oczu. - Jak mogłaś być taka głupia, żeby w przeciągu kilku dni dać złapać się po raz kolejny. Naprawdę szlamo, dawałem ci przynajmniej miesiąc - przewraca oczami, krzyżując ręce tak jak jego przyjaciel wcześniej. W młodej Gryfonce wzbiera wściekłość. Wie, że nazwał ją tak tylko po to, żeby ją sprowokować, ale nie pozwoli mu na to.

- Skąd wiesz, że od tak po prostu dałam się złapać? Może właśnie o to mi chodziło? Może mam plan i wiedziałam, że zabiorą mnie do Hogwartu? Może w zamku jest coś, dzięki czemu będziemy mogli wygrać wojnę? O ile nie stchórzyłeś i dalej jesteś po stronie Zakony Feniksa, parszywy draniu - warczy, unosząc się nieznacznie na palcach. Kłamanie komuś prosto w oczy bez mrugnięcia wcale nie jest dla niej tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Draco śmieje się głośno, patrząc na nią z podłym rozbawieniem.

- Gówno wiedziałaś, Granger - nigdy wcześniej nie słyszała, żeby ktoś wypowiadał jej nazwisko w taki sposób. Jakby była po prostu przeszkodą na drodze do jego celu, zwykłym, nic niewartym śmieciem. - Nikt tak naprawdę nie wie, gdzie Bellatrix zabiera swoich więźniów, więc do kurwy nędzy nie mów mi, że masz plan, bo go po prostu nie masz - wyrzuca ręce w powietrze i podchodzi jeszcze bliżej krat, mierząc ją coraz bardziej nienawistnym spojrzeniem. - Posłuchaj mnie teraz uważnie, bo tym razem ma to do ciebie dotrzeć - ostrzega, unosząc w jej kierunku palec wskazujący. - Po raz ostatni ratuję twój zadufany w sobie zad. Kiedy tylko jakimś cudem wydostaniemy cię stąd z Diabłem, to od razu osobiście przetransportuję cię do cholernej Nory i upewnię się, że jesteś w niej zamknięta na cztery spusty. Nie pozwolę, żebyś bawiła się moim życiem jakbyś miała do tego pełne prawo, bo go nie masz! - krzyczy, a wściekłość coraz bardziej w nim buzuje. Prawdopodobnie jedynie pręty powstrzymują go od rzucenia się i rozszarpania jej w istnie neandertalski sposób.

         Zabini śmieje się cicho, nie chcąc dopuścić do tego, żeby usłyszeli go i przerwali. Wyglądają jak para staruszków, która kłóciła się o to, że mąż nie odłożył butów tak jak chciała tego żona. Już dawno nikt nie dostarczył mu aż tak dużej dawki rozrywki. Nawet Pansy nigdy wcześniej nie udało sie doprowadzić Dracona do takiej białej gorączki, a jest prawdopodobnie mistrzynią w denerwowaniu go. Większą nawet od niego.

         Hermiona wyciąga przed siebie ręce i łapie mocno za jego białą koszulę, przyciągając go do siebie jednym szarpnięciem, w który wkłada całą siłę, nie podejrzewając że ma jej aż tak wiele. Draco otwiera zdezorientowany szeroko oczy i jęczy cicho, kiedy jego czoło odbija się nieprzyjemnie od twardego metalu. Miona staje na lekko rozstawionych nogach, przez co musi mocniej zadrzeć głowę, aby patrzeć mu wyzywająco w oczy. Nie przejmuje się tym jednak zbytnio. Jest bardzo zadowolona z siebie, że dała radę go czymś zaskoczyć.

- To ty mnie posłuchaj, Malfoy - stara się, aby jej ton głosu był dokładnie taki sam jak jego, jeszcze chwilę wcześniej. - Nie pozwolę, żeby ktokolwiek twojego pokroju mówił mi, co mam zrobić. Może i poświęciłeś się dla mnie, za co ci dziękuję - przełyka głośno ślinę, jakby słowa parzyły ją w przełyk. - Jednak mówiłam ci już, że wcale nie musisz tego robić. Doskonale radzę sobie z tym wszystkim sama i zapewniam cię, że radzić sobie będę. Daj mi w końcu spokój - odepchnęła go od siebie mocno, przez co zatoczył się do tyłu. Otworzył usta, chcąc ją zwyzywać, jednak w odpowiednim momencie odezwał się Blaise.

- Wystarczy - uciął, zwracając na siebie uwagę i spojrzenia ich obojga. - Draco, powinieneś już iść, nie wkurzaj jej jeszcze bardziej - spogląda niepewnie na przyjaciela, który mocno zaciska dłonie w pięści. - Jeżeli chcesz, pójdę tam za ciebie, na pewno uda mi się jakoś ją zagadać - proponuje, kładąc mu dłoń na ramieniu. Dracon jednak szybko ją odrzuca, kręci przecząco głową i wychodzi z lochów, kierując się prosto we wskazane przez swoją matkę chrzestną miejsce. Hermiona marszczy brwi, wsłuchując się w jego oddalające się kroki. Kiedy już w ogóle ich nie słychać podchodzi do pryczy i siada na niej. Diabeł natomiast wraca do swojej poprzedniej pozycji pod ścianą.

- Co ona mu zrobi? - pyta po chwil, przyglądając się swojemu towarzyszowi. Chłopak prycha pod nosem i uśmiecha się kpiąco, nawet na nią nie patrząc. Spina się w sobie, zdając sobie sprawę, że musiała zadać dość głupie pytanie.

- Coś tak strasznego, że nawet nigdy o tym nie śniłaś - rzuca na pozór obojętnie, wywołując tym samym lawinę wyrzutów sumienia w głowie nastolatki.

~♦~

         Draco zatrzymuje się na chwilę przed wejściem do gabinetu dyrektora. Pociera kark dłonią, krzywiąc się mocno. Bolą go wszystkie mięśnie, ale wie że musi przez to przejść. Chociaż przyjaciel mówił prawdę i mógłby zagadać Bellatrix na tyle, żeby odpuściła mu przynajmniej na dzisiaj, to chce mieć to już za sobą. Bo i tak w końcu dorwałaby go w momencie, w którym najmniej by się tego spodziewał - na przykład przy rodzicach. Dlatego woli być gotowy, przynajmniej w niewielkiej części.

         Kiedy wchodzi do środka, dziwi go że w gabinecie nie zostało nic zmienione. Te same meble, poruszające się obrazy, myślodsiewnia i puste miejsce dla Feniksa. Nawet notatki profesora Dumbledore'a leżą na biurku. Przez chwile ma wrażenie, że nikt nie wchodził tutaj odkąd on zginął przez niego. Nie ma jednak czasu dłużej się nad tym zastanowić, ponieważ czuje, jak ktoś wymierza mu mocny policzek, przez co zdziwiony nie zdąża złapać równowagi i zatacza się do tyłu, uderzając mocno tyłem głowy o drzwi, których nie zdążył zamknąć. Syczy cicho, prostując się, po czym przeciera brodę wierzchem dłoni. Rana po identycznym ciosie, jaki dostał niecałą godzinę temu od przyjaciela otwiera się i krwawi jeszcze obficiej niż wcześniej. Na szczęście na potylicy robi mu się jedynie siniak. Jak na razie...

- Witaj, ciociu - sili się na jak najbardziej obojętny ciot względem siostry swojej matki i krzywi się, czując pięść na brzuchu. Uderzenie nie jest jednak tak mocne jak poprzednio, dzięki czemu ledwo drga. Lestrange śmieje się w charakterystyczny dla siebie sposób, ściągając z siebie w między czasie Zaklęcie Kameleona.

- Masz bardzo umięśniony brzuch, Draconie - chwali, pocierając wspomniane miejsce na ciele blondyna. Chłopak powstrzymuje się od odepchnięcia dłoni kobiety, która po zaledwie kilku sekundach wbija boleśnie paznokcie w jego skórę. - Jestem zawiedziona tym, że zlitowałeś się nad szlamą - wzdycha ciężko, odwracając się do niego tyłem. Jest sporo niższa, przez co kiedy zarzuca włosami tej jedynie smagają jego szyję i brodę. Odchodzi kilka kroków do przodu, obracając między palcami swoją różdżkę. Jedyny przedmiot, do którego czuje ogromny sentyment.

- Przysięgam, że rzuciłem Avadą! - unosi nieznacznie głos, chcąc sprawić, aby jego wyznanie było odrobinę emocjonalne, a co za tym idzie - ma taką nadzieję - znacznie bardziej wiarygodne. - Stałem daleko, nie chciałem pobrudzić się jej brudną krwią. Widocznie musiała się przesunąć i nie zauważyłem. Zakon Feniksa atakował, a ja stałem sam. Nie chciałem, żeby i oni mnie zabili za śmierć ich świętej szlamy - wzrusza lekko ramionami. Ciotka śmieje się po raz kolejny.

- Crucio! - krzyczy, w ułamku sekundy odwracając się z powrotem w kierunku siostrzeńca. Ten zaciąga się powietrzem, opadając na kolana. Zaciska dłonie w pięści, wbijając paznokcie w wewnętrzną część dłoni. Bella jest potężną Czarownicą i nie raz zabiła już tym jednym zaklęciem. Jednak on nie może pokazać po sobie niewyobrażalnego bólu. W końcu jest Śmierciożercą, a co za tym idzie powinien znosić kary w ciszy i pokorze. - Zawiodłeś! - powtarza, pochylając się nad nią. -  A ktoś z krwią Blacków nigdy nie powinien zawieść Czarnego Pana, Crucio! - cichy jęk i kilka sapnięć uchodzi z gardła Dracona, a po jego całym ciele przechodzi mocny dreszcz, kiedy stare rany otwierają się, a z nich zaczyna sączyć szkarłatna krew, plamiąca ubranie.

         Zamyka oczy, pochylając się do przodu. Musi to znieść. Nie może się poddać, bo połowa planów Zakony Feniksa legnie w gruzach. Nic bez niego nie zrobią i taka jest gorzka prawda. Draco Malfoy nie może pozwolić sobie na śmierć. Jego cholerne życie jest znowu uzależnione od jakiejś większej sprawy.

- Sectumsempra! - skowyt przerywa ciszę, która zapanowała w pokoju po rzuceniu kolejnego zaklęcia. Smok nie jest już w stanie powstrzymać kilku ciepłych łez bólu, kiedy jego skóra zaczyna palić żywym ogniem. Pochyla się jeszcze bardziej i skomle przy akompaniamencie szaleńczego śmiechu siostry swojej matki.

         Kuli się, podpierając się już na zgiętych rękach. Słona woda na jego policzkach tworzy rozmyte smugi krwi, mieszając się z nią, spływając po jego brodzie i skapując na ziemię, prosto między jego dłonie. Wygląda to tak jakby płakał czerwonym płynem, który nieustannie sączy się z coraz to nowych ran na jego drżącym ciele. Mięśnie zaczynają nieprzyjemnie pulsować, a on czuje jak tępy ból zaczyna rozrywać mu głowę. Nie zniesie zbyt wiele. Bierze głęboki wdech i unosi głowę, spoglądając prosto w oczy matki chrzestnej. Wie, że tylko na to czeka. Ma jedynie cichą nadzieję, że wytrzymał odpowiednią ilość czasu, pokonując barierę, którą stawia mu za każdym razem.

- Myślę, że wystarczy na dzisiaj - macha na niego lekceważąco dłonią, siadając za biurkiem, na którym układa różdżkę. Blondyn wie, że to znak dla niego, że - o dzięki ci Merlinie - ma już sobie pójść.

         Unosi się niezgrabnie z posadzki i zostawiając za sobą krwawe ślady oraz odbicia dłoni na ścianach, wychodzi z gabinetu dyrektora. Nie jest w stanie powiedzieć, jakim cudem udało mu się wrócić do lochów i wejść do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Jedynym co pamięta, to przerażający krzyk kilku pierwszorocznych, wrzask Pansy, nawołujący jego imię i ciemność, kiedy osuwa się na biały dywan, mdlejąc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz