niedziela, 22 stycznia 2017

(19) Rozdział Dziewiętnasty



Wszystkie początki są trudne. Jednak to, co działo się po rozpoczęciu mojej współpracy ze Ślizgonem było gorsze od najstraszniejszej czarnej magii, z jaką miałam dotychczas do czynienia.

         Draco syczy cicho, kiedy jego kolana uderzają boleśnie o twardą ziemię. Pierwszym miejscem, które przyszło mu na myśl był Londyn. Wie, że stolica Anglii nie była najbezpieczniejszym miejscem i że trudno w niej znaleźć miejsce do ukrycia się, jednak on zna to miasto lepiej od kieszeni własnych spodni i bez problemu zaprowadzi ich do dzielnicy, w którą nie zapuszczają się żadni Śmierciożercy. Chłopak chce podnieść się i otrzepać czarne spodnie, jednak dziewczyna łapie go za nadgarstek i nie pozwala nawet drgnąć. Warczy cicho, miażdżąc ją spojrzeniem. Hermiona natychmiast zabiera dłoń, przyciągając ją do swojej piersi.

— Powinnam teraz jak najszybciej uciec, Malfoy. Mówiłeś, że zabierasz mnie z daleka od Śmierciożerców — unosi przed siebie palec wskazujący, a on natychmiast wędruje wzrokiem, do miejsca które mu wskazała. Otwiera szeroko oczy, dostrzegając postaci w czarnych pelerynach z głębokimi kapturami, które skutecznie zakrywają ich twarze. — Zaczynam zastanawiać się, czy nie zrobiłam źle, kiedy postanowiłam cię posłuchać — dodaje jeszcze i zaczyna się cofać w tył, nie spuszczając z niego wzroku. 

Malfoy klnie pod nosem i odwraca się, chcąc sprawdzić czy sługusi Voldemorta dalej im zagrażają. Zauważając, że zaczynają się oddalać czeka jeszcze chwilę, po czym podnosi się z ziemi. Przewraca oczami, kiedy dziewczyna celuje w niego różdżką, cały czas mierząc go nieufnym spojrzeniem. Marszczy mocno brwi, kiedy sam nie może wyczuć pod palcami rękojeści swojej. Natychmiast zagląda w miejsce za paskiem, gdzie zawsze ją trzymał. Zaciska powieki i dłonie w pięści, chcąc nad sobą zapanować. Musi nad sobą zapanować, aby odzyskać niewielką część zaufania, którą go obdarzyła. Zdobycie jej wcale nie było takie łatwe i długo musiał się nad tym natrudzić.

— Oddaj mi moją różdżkę, Granger — mówi spokojnie, wyciągając przed siebie rękę, chcąc odebrać swoją własność. Dziewczyna mruży mocniej oczy i kręci przecząco głową. Przeczuwał, że ich misja nie będzie łatwa i że Gryfonka nie raz da mu się porządnie we znaki, jednak nie podejrzewał, że już na samym początku czeka ich kłótnia. Ma tylko nadzieję, że dziewczyna nie zacznie się z nim bić, czy rzucać w niego zaklęciami. Teraz, kiedy zdążyła odpowiednio wypocząć i zregenerować siły przez ostatnich kilka miesięcy, od nowa stała się poważnym przeciwnikiem. Między innymi dlatego tak długo zwlekał z przeniesieniem ich prosto w epicentrum wojny. — Głupia dziewczyno, przecież nawet nie mogę ci nic zrobić — warczy, opuszczając ramię luźno wzdłuż ciała. — Złożyłem przysięgę wieczystą pieprzonemu Potterowi, a wbrew pozorom nie chcę jeszcze umierać, więc do cholery jasnej przestań zgrywać niewiadomo kogo i oddaj mi różdżkę, żebym mógł w końcu zabrać cię do miejsca, do którego chciałem — korzystając z chwili dezorientacji swojej partnerki, podchodzi do niej jednym krokiem i zabiera jej dziesięciocalowy głóg, w ostatnim momencie uchylając się przed czarem. Nie widząc innego wyjścia siada na jej biodrach i łapie za ręce, przez co dziewczyna nie może się ruszać.

— Złaź ze mnie — Hermiona zaciska powieki i zaczyna szarpać się z całych sił. Ma ochotę zabić Malfoy’a i w końcu wciąć się do prawdziwej roboty. Niewiele brakło, a rzuciłaby się na Śmierciożerców, by po rozbrojeniu ich i unieruchomieniu wyciągnąć informacje na temat pozostałych Horkruksów. Jednak, kojarząc fakty, pomyślała że ich obecność może być zasadzką, przygotowaną na nią przez Ślizgona. W końcu nie siedzi w jego głowie i tak naprawdę nie wie, jakie ma intencje względem niej. Może już nudzi go bycie po tej dobrej stronie i postanowił wrócić do Voldemorta wykorzystując do tego odpowiednie informacje, jakie zdobył podczas pobytu w Norze. Jednak, kiedy wspomniał o wieczystej przysiędze, którą zawarł z Harry’m znów zaczęła myśleć i doszła do wniosku, że ma rację. Niestety, zanim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, czy wypowiedzieć chociażby słowo, on rzucił się na nią. — Na Godryka, Malfoy! Przysięgam, że nic ci nie zrobię, ale złaź ze mnie, miażdżysz mi uda! — jęczy cicho, zamykając oczy. Ciche westchnienie ulgi ucieka z jej rozchylonych ust, kiedy czuje jak chłopak w końcu uwalnia ją ze swojego żelaznego uścisku. Od razu podnosi się z ziemi i otrzepuje spodnie z piachu.

— Posłuchaj mnie no, Granger — zaczyna od razu blondyn, chowając różdżkę na swoje miejsce. Krzyżuje ręce na piersiach, patrząc na nią rozeźlonym spojrzeniem. — Nie wiem, co ty sobie tak właściwie pomyślałaś, ale mogłaś przecież wpaść na to, że cały Londyn jest w tym momencie pod nadzorem Barty’ego Croucha, który wysyła tych pachołów w miejsca, gdzie ktoś się aportował. Dlaczego niby w tym przypadku miałoby być inaczej? — rozkłada ręce na boki. Nie czekając na jej odpowiedź rusza przed siebie, wchodząc prosto w wąską szczelinę między dwoma budynkami.

         Hermiona, chociaż wie że Draco nie może tego zobaczyć, zaczyna go przedrzeźniać, ruszając za nim. Ona jednak nawet na chwilę nie wypuszcza różdżki z dłoni. Boi się. Nie wstydzi się tego przyznać, przynajmniej nie przed samą sobą. W końcu wróciła do miejsca, w którym stało się jej wiele krzywd. A kolejne mogą czekać za zakrętem. Tylko głupiec byłby w takiej sytuacji brawurowy. Unosi wzrok, kiedy zauważa że Londyn stoi w miejscu. Uśmiecha się do niego sztucznie, wymijając go, aby wyjść na prowadzenie. Doskonale wie, gdzie chłopak zamierza dotrzeć. Zna to miasto lepiej niż kieszeń własnych spodni.


         Zatrzymuje się dopiero, kiedy rozciąga się przed nią osiedle niszczejących, jednorodzinnych domków zniszczonych przez Śmierciożerców podczas pierwszego ataku na niemagiczną część stolicy Anglii. Zaciska mocno szczękę i nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenie swojego towarzysza, ponownie rusza przed siebie. Po drodze rozgląda się uważnie, doskonale kojarząc rumowiska, zniszczoną przez zaklęcia okolicę i umierającą matkę naturę. Wyjmuje z kieszeni pomniejszoną torebkę, która towarzyszy jej przy każdej podróży i wydobywa z niej dwie kurtki, przywracając im naturalne rozmiary. Jedną podaje chłopakowi, a drugą zakłada na siebie, zapinając od razy pod samą szyję. W przypływie emocji nie zauważyli, że temperatura powietrza nie jest zbyt wysoka, a kiedy wyszli zza ścian budynków, dopadł ich nieprzyjemny, zimny wiatr.

         Skręca w jedną z ulic, za wszelką cenę walcząc z chęcią spojrzenia na zniszczony plac zabaw, na którym rozrzucone były kawałki drewna. Drzewa leżały przy wielkich wyrwach w ziemi, a na chodniku można połamać się na co większych odłamkach ścian. Wszystkie płoty zostały doszczętnie zniszczone.

— Dlaczego Śmierciożercy doprowadzili do ruiny tylko tę jedną dzielnicę? — pyta cicho. Draco, wyrwany ze swoich ponurych myśli, zerka na nią. Na początku nie rozumie, czego chce dowiedzieć się od niego dziewczyna, jednak po chwili kolejnego milczenia dociera do niego sens jej słów.

— Bo uznali, że skoro zademonstrowali swoją siłę, to Mugole będą się ich bać i nie odważą przeciwstawiać, a w zamian za wypełnianie ich rozkazów oszczędzają inne domy i osiedla — blondyn zatrzymuje się, kiedy robi to i ona. Marszczy brwi, podnosząc wzrok na dom, przed którego drzwiami stoją. Nie ma dachu, ściany na pierwszym piętrze praktycznie nie istnieją, a drzwi wiszą na jednym, dolnym zawiasie; ich górna część jest odłamana. — Wydaje mi się, czy znasz to miejsce? — pyta, kiedy Hermiona opuszkami palców, niemal pieszczotliwie, przesuwa po pozostałościach drewnianej framugi. Smutny uśmiech wpływa na jej twarz.

— Witaj w moim domu, Draco. Możesz się rozgościć — śmieje się smutno, wchodząc do środka. Blondyn, w pierwszej chwili, nie wie co powiedzieć. Nie chce jej pocieszać, zupełnie nie potrafi tego robić, a pogorszenie sytuacji nie leży w jego interesie. — Mogę czarować, czy nam to zaszkodzi? — Draco wchodzi szybko do wnętrza ruiny, stając za plecami swojej towarzyszki.

— Wolałbym nie. Jak już mówiłem, Crouch wie, co dzieje się w każdym zakątku tego miasta, więc pewnie używanie magii może go tutaj zwabić — wzrusza ramionami czując na sobie rozeźlony wzrok dziewczyny. — Nie wiem, dlaczego tak na mnie patrzysz. Przecież to nawet nie zależy ode mnie — podchodzi do czerwonej kanapy, strzepuje z niej pył dłonią i siada na niej, zakładając ręce za głową. — Możemy tu zostać. Nie widziałem lepiej zachowanego domu w okolicy, więc ten nada się na kryjówkę — mówi, nie zwracając uwagi na to, że twarz Hermiony poczerwieniała nieznacznie. Dziewczyna zaciska dłonie mocno w pięści. Podchodzi do niego i staje naprzeciwko.

— Dlaczego przeniosłeś nas akurat do Londynu? Czy to nie mogło być jakiekolwiek inne miejsce na świecie, w którym bez Śmierciożerców czyhających na nasze życie na każdym kroku, moglibyśmy się zastanowić, gdzie szukać diademu? — warczy, pochodząc do niego na tyle blisko, że stykają się kolanami.

— Posłuchaj Granger, jeżeli nie przestaniesz obwiniać mnie o całe zło świata tego, to przysięgam że w trybie natychmiastowym znajdziesz się z powrotem w domu klonów, a ja sam zajmę się szukaniem tych wszystkich pierdół — chłopak natychmiast podnosi się i spuszcza głowę, chcąc cały czas patrzeć jej wyzywająco w oczy. Niech wie, że nie ma do czynienia z jednym ze swoich przygłupich chłoptasiów, gotowych zrobić dla niej wszystko, a z prawdziwym mężczyzną, który może ewentualnie jej pomóc tylko i włącznie wtedy, kiedy będzie miał na to ochotę. Unosi brew słysząc, jak śmieje mu się prosto w twarz. Jeszcze chwila i naprawdę zrobi jej krzywdę.

— Beze mnie to ty sobie wiesz co możesz zrobić Malfoy? — unosi brew, mierząc palcem wskazującym prosto w jego klatkę piersiową. Staje na palcach, chcąc być choć trochę wyższa, co wygląda komicznie, jednak żadne z nich nie zwraca uwagi na ten drobny szczegół. — Usiąść i płakać — pcha go z całej siły, przez co musi napiąć wszystkie mięśnie, aby się nie przewrócić. Zaciska mocno szczękę i liczy powoli do dziesięciu, chcąc zapanować nas swoimi nerwami i chęcią odesłania Gryfonki. — Nie potrafisz zrozumieć nawet prostego rysunku z Horkruksami, a ty zabierasz się za szukanie ich. Jesteś po prostu śmieszny — szydzi dalej, wyrzucając ręce w powietrze.

— I mówi to idiotka, która doprowadziła się do ruiny — chłopak kpi w odwecie, odsuwając się od niej. Wie, że jeszcze kilka przykrych słów z jej strony może spowodować, że zrobi coś, czego później będzie mocno żałował. — Wiesz co? Powinnaś skończyć odstawianie szopki z udawaniem najmądrzejszej od czasów Roweny. Ravenclaw wiedziała cokolwiek o prawdziwym życiu, a ty nie masz o nim pojęcia. Jedynie tyle co przeczytałaś w książkach — uśmiecha się zadowolony, widząc furię w oczach dziewczyny. Sprawia mu przyjemność to, że znowu udało mu się jej dokuczyć. Przyspieszony oddech Gryfonki i to jak nieregularnie porusza się ciało dziewczyny jego rytm staje się dla niego satysfakcjonującą nagrodą.

— Jak śmiesz, ty mały, nędzny karaluchu! — krzyczy, rzucając się na niego. Blondyn w ostatnim momencie łapie nadgarstki Hermiony tak, że nie udaje jej się zadać nawet jednego ciosu. Różdżka nastolatki wypada jej z dłoni i odlatuje na bok, opadając na zakurzony dywan. — Puść mnie natychmiast i daj mi się zabić! — szarpie się na wszystkie strony, przez co Malfoy’owi coraz trudniej nad nią zapanować. Warczy głośno, przyciskając ją do ściany całym ciężarem swojego ciała. Po drodze potyka się, przez co zderzają się czołami. Dziewczyna jęczy cicho, a on tylko mocniej zaciska powieki. Wpycha jedno kolano między jej i nie widząc innego wyjścia, przykłada swoje usta do ust kasztanowłosej.

        Hermiona otwiera szeroko oczy. Na początku nie dociera do niej, że chłopak właśnie złączył ich wargi w delikatnym, jakby pełnym czułości pocałunku, którego ona wcale nie chce. Przestaje się jednak wyrywać i patrząc wyzywająco prosto w stalowe tęczówki, których właściciel pamiętnej nocy uchronił ją od śmierci, pozwala mu na powolne, pieszczotliwe ruchy. Granger jednak pozostaje bierna, czekając jedynie na upragniony koniec. Dlatego, kiedy Draco w końcu odsuwa od niej twarz, odpycha go mocno od siebie. Chłopak z cichym śmiechem robi krok do tyłu, wsuwając dłonie do kieszeni spodni. On również cieszy się, że może w końcu złapać oddech.

— Nigdy więcej nie waż się tego robić — syczy Hermiona, przecierając wargi przedramieniem, a on wie, że osiągnął upragniony cel. Uspokoił ją i miał cichą nadzieję, że zawieszenie broni między nimi potrwa dłużej niż poprzednio.

— Spokojnie, nie mam zamiaru — kiwa lekko głową, przyglądając się jej uważnie, kiedy podnosi różdżkę z podłogi i chowa ją na przeznaczone dla niej miejsce. — Możemy teraz porozmawiać o tym, co zamierzamy zrobić? Skoro Nott i Zabini pewnie podejmują już odpowiednie kroki w celu znalezienia diademu, to my też powinniśmy zacząć działać. Nie po to wziąłem sobie trudniejsze zadanie, żeby ciągle się z tobą kłócić, Granger — przewraca oczami, kiedy nastolatka marszczy mocno brwi.

— Myślałam, że to my zajmiemy się diademem — przyznaje szczerze, siadając po turecku na zimnej podłodze. On robi to samo, jednak dla zachowania dystansu, zajmuje miejsce pod parapetem, odgarniając wcześniej stopą odłamki szkła.

— To źle myślałaś — unosi dłoń, zanim towarzyszka zdąży w jakikolwiek sposób mu odpyskować, rozpętując tym samym kolejną część wojny. Musi bardziej zwracać uwagę na to, co mówi. Nie uśmiecha mu się znowu całować z Granger. — Może i Teodor był szpiegiem ważniejszym niż ja i Blaise razem wzięci, ale to nie zmienia faktu, że jestem inteligentniejszy od niego. Po prostu zdarza mi się być bardziej porywczym, ale nie będziemy teraz o tym rozmawiać. Skupmy się na tych dwóch pytajnikach z twojej kartki — sięga do kieszeni spodni, wydobywając niej podniszczony papier i rozkładając go przed swoją twarzą znów zaczyna mówić — Co znaczy słowo śmierć, napisane przy każdym Horkruksie? — pyta, unosząc jedną brew. Naprawdę chce zrozumieć ten cholerny schemat. Może gdzieś w nim jest ukryta odpowiedź na wszystkie jej pytania, a dziewczyna po prostu prześledziła go zbyt wiele razy, aby znaleźć jakiś szczegół.

— Horkruksy powstają w wyniku śmierci jakiegoś Czarodzieja albo Czarownicy, ewentualnie Mugola. Do każdego przyporządkowałam jakąś, nawet do cholernego diademu. Zrobiłam to drogą dedukcji, jeżeli może ci to w jakikolwiek sposób pomóc — mamrocze cicho pod nosem, biorąc z dywanu kawałek figurki, którą dała mamie na urodziny. Był to średnich rozmiarów biały, kredowy aniołek. Przejeżdża odłamkiem po swojej dłoni, pozostawiając na niej słabo widoczne linie.

— To proste. Musimy teraz wziąć kartkę i długopis i spisać wszystkich zabitych przez Voldemorta ludzi w okresie od rozpoczęcia jego nauki w Hogwarcie po rok 1981, kiedy to stracił swoją moc — wzrusza ramionami, ewidentnie zadowolony ze swojego pomysłu. Dziewczyna śmieje się cicho, unosząc na niego wzrok.

— To jest raczej niemożliwe. On pozbawił życia zbyt wielu istnień, żebyśmy byli w stanie chociażby wiedzieć czy usłyszeć o nich wszystkich — kręci przecząco głową, wsuwając kosmyk włosów za ucho. Draco uśmiecha się do niej tajemniczo.

— Przykro mi, panno Granger, musimy to zrobić. Nie mogę być gorszy od chłopaków. Zamierzam znaleźć dwie pieprzone zabawki Voldemorta, zanim oni zniszczą jedną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz