sobota, 25 lutego 2017

(22) Rozdział Dwudziesty Drugi



Prawda czasami jest bardziej bolesna niż życie w niewiedzy. Jednak bez niej nie udałoby się nam pociągnąć tej wojny do końca.


         Hermiona przygląda się załzawionymi oczami temu, jak – jednocześnie groteskowa i przerażająca – postać unosi różdżkę na wysokość swoich oczu i z oślizgłym uśmiechem, ukazującym zepsute, krzywe zęby, patrzy w oczy Lily Potter, zasłaniającej swojego małego, płaczącego synka własnym ciałem. Dziewczyna ma sobie za złe, że nie może wykonać żadnego ruchu. Jedyne, na co pozwalają jej okoliczności, to obserwowanie jak usta potwora poruszają się, wypowiadając zaklęcie. Jego głosu Hermiona również nie słyszy, jedynie głośny płacz dziecka boleśnie dochodzi do jej uszu i roznosi się echem po jej umyśle. Wyciera policzki wierzchem dłoni i ciągnie nosem, kiedy bezwładne ciało kobiety opada na podłogę. Mruży oczy, kiedy ciało Czarnego Pana rozbłyska jasnym, rażącym światłem, które po niecałej sekundzie uderza prosto w małe ciało Harry’ego.

         Ciemnowłosa zasłania usta dłońmi, uważnie obserwując jak na czole chłopca powoli pojawia się krwawa blizna w kształcie błyskawicy. Wcześniej nawet nie zauważyła, że jej tam nie było, dopiero teraz, kiedy krew popłynęła cienką stróżką między oczami przyszłego Gryfona. Podnosi się szybko z podłogi z chęcią uchronienia przyjaciela przed czarnym dymem, który wypełnił całe pomieszczenie, jednak w następnym momencie czuje nieprzyjemne szarpnięcie w okolicach pępka. Obrazy dookoła niej rozmazują się, a ona wie, że przez moment nieuwagi przenosi się do własnych czasów. Zrozpaczona utratą nadziei, która jedyna trzymała ją przy zdrowych zmysłach.


— Avada Kedavra! — Draco przyciąga do siebie rękę, w której trzyma różdżkę i opada na kolana, w ostatnim momencie chowając się za drewnianą komodą, która chroni go przed serią śmiercionośnych zaklęć. Mężczyzna, w którego sam przed sekundą trafił, opada bezwładnie na podłogę, a inny Śmierciożerca potyka się o jego martwe ciało, klnąc przy tym głośno. Chłopak unosi wysoko kąciki ust, wyraźnie zadowolony z tego, co zrobił. Nie podoba mu się zabijanie, jednak kiedy może zemścić się na tych wszystkich, którzy przez wiele miesięcy chcieli pozbawić go życia i szydzili z niego jego własnym domu, czuje przyjemne mrowienie wewnątrz klatki piersiowej. Zemsta to jednak przyjemne uczucie.

         Podnosi się na równe nogi, po raz kolejny starając się powalić jednego ze swoich przeciwników, kiedy seria zaklęć, rzucanych w niego ustaje na chwilę, po czym ponownie opada na podłogę i wczołguje się za kanapę w salonie. Kolana i łokcie bolą go niemiłosiernie od kolejnych uderzeń o drewniany parkiet, jednak wie, że nie może się teraz poddać i musi robić to, co do niego należy – nie pozwolić na to, aby którykolwiek z nich dostał się na piętro przed tym, jak Granger zejdzie do niego i będą się mogli teleportować w inne miejsce. Po cichu liczył, że ten moment nadejdzie szybciej niż później, ponieważ kryjówki zaczynały powoli mu się kończyć i nie miał się za czym chować.

         Kiedy Śmierciożercy weszli do wnętrza domu, burząc zbudowaną przez niego na szybko barykadę, musiał mocno zapanować nad chęcią wbiegnięcia po schodach i rzucania na nich zaklęć z góry. Wiedział jednak, że jeżeli chociażby dopuści ich do schodów, to szala zwycięstwa znacznie przechyli się na ich stronę. W końcu on sam tak naprawdę nie wiedział, na co właściwie czeka. Owszem, przeczytał formułkę, z której skorzystała jego towarzyszka niedoli, jednak zupełnie nic mu ona nie wytłumaczyła. Wiedział jedynie, że dziewczyna chce się cofnąć do przeszłości w poszukiwaniu ważnych informacji, ale nic poza tym. Nie wiedział nawet, czego Granger szuka i nie znał tropu, na który najwyraźniej wpadła.

— Padnij! — słysząc głośny krzyk za swoimi plecami, natychmiast opadł zdziwiony na kolana, w ostatnim momencie unikając zderzenia z dużych rozmiarów, dębową szafą, która uderzyła prosto w stojących w korytarzu mężczyznach. Nieprzyjemny trzask łamanych kości rozszedł się po czułym pomieszczeniu. — Bierz moją torebkę, Malfoy! Aportujemy się stąd!

— Mam ją! — zapewnił od razu, wsuwając dłoń do kieszeni czarnych spodni, aby upewnić się, że to co mówi jest prawdą. Poczekał aż dziewczyna zbiegnie do niego po schodach, złapał ją za nadgarstek, bez chwili zawahania przyciągając do siebie i zanim mężczyźni zdążyli zdjąć z siebie pocisk, którym cisnęła w nich Gryfonka, przeniósł ich jak najdalej od tego cholernego miejsca.


         Teodor zerka ponad ramieniem w kierunku wejścia do szkoły, kiedy czerwony snop światła pomknął w kierunku Śmierciożerców, o cal mijając jego głowę. Mimowolnie unosi kącik ust, dostrzegając w nich rozzłoszczoną nastolatkę, zaciskającą palce dookoła rękojeści swojej różdżki. Płomiennowłosa uśmiecha się zadowolona, przyglądając się temu, jak jej ofiara zaczyna zwijać się w konwulsjach na trawie. Zdziwieni poplecznicy Voldemorta patrzą na swojego cierpiącego towarzysza, a po chwili również unoszą wzrok na płomiennowłosą dziewczynę, która pomaga wstać Zabiniemu z ziemi. Teodor w ostatnim momencie doskakuje do nich i kolejnymi machnięciami różdżki zaczyna odbijać zaklęcia, pędzące w ich kierunku.

— No no, Weasley, nie spodziewałem się, że znasz takie zaklęcia. Jestem pełen podziwu — Blaise przeciera usta wierzchem dłoni, z zadowoleniem przyglądając się temu, jak na bladych policzkach dziewczyny pojawiają się krwisto-czerwone wypieki. Staje obok przyjaciela i również zaczyna odbijać atak nieprzyjaciela. Chłopak ma nieprzyjemne wrażenie, że z każdą minutą ich małej batalii, Śmierciożerców przybywa coraz więcej i więcej. Czarnoskóry powoli zaczyna odczuwać tego skutki, a zmęczenie zapanowuje nad jego obolałym ciałem.

— A no widzisz, uczęszczanie do Hogwartu przez ostatnie prawie półtora roku nauczyło mnie kilka przydatnych formułek, działanie niektórych znam nawet z autopsji — śmieje się bez humoru i chcąc im pomóc, staje obok Notta, jednak drugi Ślizgon natychmiast łapie ją za nadgarstek i ciągnie za siebie. — Puszczaj, co ty w ogóle robisz? — burzy się dziewczyna, wyrywając rękę z jego uścisku.

— Nie będziesz walczyć, Weasley — syczy cicho Teodor, przez co traci na chwilę koncentrację i zaklęcia ugadza go prosto w ramię. Zdezorientowany chłopak wydaje z siebie zduszony krzyk i pada na kolana, zaciskając mocno palce na trawie. Całe jego ciało drży z bólu. Ginny natychmiast zajmuje jego miejsce. Wolną dłonią łapie Zabiniego za przedramię, a łydką dotyka zwijającego się w agonii Notta. Zamyka na chwilę oczy i aportuje ich do swojego domu. Jej ostatni rok w Hogwarcie właśnie się kończy.


         Hermiona zaciąga się powietrzem, opadając na kolana, kiedy mrowienie w dole brzucha, spowodowane teleportacją, mija. Siada na trawniku i chowa twarz w dłonie, nie zważając na obecność Malfoy’a. To nie on jest teraz ważny, a zdarzenia jakie zobaczyła w przeszłości zaledwie kilka minut temu. Nie powstrzymuje drżenia ramion, spowodowanego głośnym szlochem. Nie odpowiada na pytania Ślizgona, kiedy ten klęka naprzeciwko niej i zaczyna mocno, wręcz boleśnie szarpać za jej bicepsy.

— Zostaw mnie — zabiera dłonie od twarzy, pokazując tym samym załzawione policzki i odpycha zdziwionego chłopaka od siebie. Pomimo wielkiej rozpaczy, jaka gości w jej i tak już nadwyrężonym sercu, czuje co się z nią dzieje, a boląca skóra mówi o tym, że będzie miała na niej wielkie siniaki po palcach arystokraty. — Nie zbliżaj się teraz do mnie. Malfoy — dziewczyna wstaje z ziemi i nie zauważając nawet, że znajduje się daleko poza granicami Anglii, rusza przed siebie. Blondyn natychmiast rusza za nią. Nie tylko dlatego, że Zakon Feniksa zabiłby go za zgubienie jej we Francji, ale również dlatego, że jest ciekawy co stało się osiemnaście lat wcześniej.

         Na początku idzie obok mniej bez słowa. Jednak kiedy wychodzą na zatłoczoną ulicę niedaleko Luwru, łapie ją za rękę i ku zaciekawieniu turystów, natychmiast zaciąga z powrotem do opuszczonego zaułka. Hermiona najprawdopodobniej zauważyła, jaką głupotę popełniła, ponieważ nie protestuje nawet słowem pomimo tego, że na jej ciele na pewno pojawią się nowe siniaki.

— Przebierzmy się najpierw Granger. W końcu jesteśmy w światowej stolicy mody czy jakoś tak, więc nie należy wyglądać jakbyśmy właśnie zeszli z pola bitwy — Malfoy wskazuje wymownie dłońmi na swoje zniszczone po długotrwałej i wyczerpującej walce w domu rodzinnym Pottera. Dziewczyna dopiero teraz zauważa licznie rozcięcia na jego kurtce i krwawe plamy na koszule, którą miał założoną pod nią oraz na spodniach. Hermiona czuje się głupio, że nie podziękowała mu za walkę jaką stoczył tak na dobrą sprawę tylko i wyłącznie w jej obronie. Jednak znajdzie na to czas później. Teraz musi skupić się na tym, jak poinformować Harry’ego o tym co zobaczyła.

Kiwa jedynie głową w odpowiedzi i przywołuje do siebie swoją torebkę, która dotychczas znajdowała się w jego kieszeni. Powiększą ją i wydobywa z niej męskie ubrania – spodnie z ciemnego dżinsu, czarną bluzę wciąganą przez głowę i zimową kurkę uszytą na krój marynarki. Draco uśmiecha się zadowolony i Miona po chwili traci go z oczu, kiedy ten rzuca na siebie zaklęcie kameleona. Dla pewności odwraca się do niego plecami. Ona nie musi się przebierać. Jedynie za pomocą różdżki poprawia swoją fryzurę. Ma nadzieję, że jej odkrycie przyspieszy zakończenie wojny. W głębi sobie wie, że nie wytrzyma kolejnych kilkunastu miesięcy katorgi, jakie jej zafundowała dotychczas.


— Wciąż nie rozumiem, jak mogłaś narazić się w ten sposób! Jesteś zupełnie nieodpowiedzialna! I jeszcze żeby nie dawać nawet znaku życia i nie pojawić się we własnym domu na święta! Doprawy, Ginevro, jestem szczerze zawiedziona twoim zachowaniem. Miałam nadzieję, że wychowałam cię lepiej. A teraz marsz do swojego pokoju i ani mi się waż wyściubić z niego czubek nosa. Tym razem nie pozwolę ci się tak ławo stąd wydostać, chociażby znalezienie cię miało być ostatnią rzeczą, jaką w życiu zrobię! — Ginny niekontrolowanie wzdycha z ulgą, kiedy w końcu może zaszyć się we własnych czterech ścianach i skończyć z wysłuchiwaniem krzyków matki, ciągnących się dla niej wręcz w nieskończoność. Kocha ją, a i owszem – bardziej niż kogokolwiek innego na świecie, ale czasami miała jej również dość.

         Wchodzi po cichu do swojego pokoju, zamyka za sobą drzwi i opierając się o nie plecami zsuwa się powoli na podłogę. Przyciąga nogi do siebie i obejmuje je ramionami, chowając twarz między kolanami. Ma serdecznie dość, chociaż jest w domu zaledwie kilka godzin. Doskonale wie, że wywód mamy to dopiero początek. Uśmiecha się lekko, czując dotyk na swoim ramieniu. Wie, kto siedzi obok niej i jest mu za to wdzięczna. Bez tej jednej z niewielu duszy, które wspierały ją cały czas podczas pobytu w Hogwarcie nie wytrzymałaby w nim aż tyle czasu. Ma nadzieję że i tutaj odczuje to samo wsparcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz