poniedziałek, 27 lutego 2017

(23) Rozdział Dwudziesty Trzeci



Chwile odpoczynku były bardzo ważne. W końcu nie można cały czas znajdować się w centrum wydarzeń. Zdążyłam się już o tym przekonać i zmądrzeć od ostatniego razu, kiedy to prawie umarłam z wycieńczenia.


— Więc chcesz mi powiedzieć, że jedna z popieprzonych części Voldemorta siedzi sobie w najlepsze w Potterze i ty nie do końca wiesz, jak się jej pozbyć, bo jak dotąd Horkruksy były przedmiotami, a nie żywymi ludźmi? — rzeczowy ton głosu Dracona powoduje, że dziewczyna wzdycha znużona. Już kilkukrotnie powtarzał jej to pytanie, a ona za każdym razem powtarzała, że tak właśnie przedstawia się ich sytuacja. Za którymś razem znudziło jej się nawet poprawianie składni wypowiadanego przez niego na okrągło zdania. Tym razem kiwa twierdząco głową, którą podpiera na ręce i sennym wzrokiem przegląda kartę dań jednej z francuskich restauracji w okolicach Wierzy Eiffla.

         Draco, zaraz po tym jak zmusił ją do zmienienia ubrań na bardziej wizytowe, zaordynował „prawdziwe jedzenie”. Nie mogła sprzeciwić się w tej kwestii nawet słowem, a kiedy powiedziała mu, że na pewno nie będzie w stanie przełknąć niczego poza suchym chlebem i wodą, on zapewnił ją gorliwie, że na pewno znajdą się dla niej jakieś resztki z dnia poprzedniego, a on od kilkunastu godzin nie miał okazji zjeść pożywnego, zdrowego posiłku i nie zamierzał dłużej tego ciągnąć. Nie pozostało jej więc nic innego, jak pomaszerowanie za nim z wysoko uniesioną głową. Naprawdę chciała zapobiec niepotrzebnym kłótniom. I tak ma już wystarczająco dużo ponadplanowych siniaków, zrobionych przez swojego towarzysza niedoli. Nie wiedziała, co może mu ponownie strzelić do głowy i jaką krzywdę może wyrządzić jej tym razem. W końcu głodny facet, to niebezpieczny facet.

— Powtórz to jeszcze raz, a przysięgam że wyjdę stąd, wrócę do Anglii i własnoręcznie uduszę Voldemorta bez użycia krzty magii, że muszę się znosić — mamrocze pod nosem, zamykając starannie przygotowaną książkę ze złotym napisem „Menu” na srebrnej okładce. Wystrój całego pomieszczenia był utrzymany w podobnych, wyrafinowanych odcieniach. Białe ściany i obrusy na okrągłych stołach z ciemnego mahoniu. Wygodne, obijane prawdopodobnie skórą krzesła, kremowe zasłony w wysokich oknach, świeżo ścięte, krwistoczerwone róże i ludzie ubrani w garnitury. Cała ta atmosfera sprawia, że Miona ma coraz większą ochotę wyjść z restauracji, mocno trzasnąć za sobą drzwiami i nie zmieniając ciuchów udać się do jakiejś podrzędnej jadłodajni. — Mam dość słuchania o tym, że mój najlepszy przyjaciel będzie musiał prawdopodobnie zginąć, żeby cały pieprzony świat mógł być uratowany.

— Na Salazara, spokojnie Granger, nie sycz na mnie tak i usiądź prosto, bo ci ludzie cały czas się na nas patrzą — chłopak przewraca lekceważąco oczami, również odkładając swoją kartę na bok. — Chciałem tylko powiedzieć, że jesteśmy w dupie tak czarnej jak tyłek Zabiniego, ale teraz śmiem zauważyć, że oboje powinniśmy przestać nadużywać słowie „pieprzony”, bo to zaczyna być dziwne — zadziorny uśmiech pojawił się na jego ustach, kiedy dziewczyna spiorunowała go rozwścieczonym spojrzeniem swoich brązowych tęczówek. Może i byli na wojnie, może i nawet teraz, kiedy znajdowali się z dala od niej, wciąż musieli myśleć o tym jak ją przetrwać, ale denerwowanie Gryfonki było jego ulubionym sportem, z którego nawet na chwilę nie chciał rezygnować.

— Doprawdy Malfoy, nie obchodzi mnie jak na Merlina wygląda pieprzony tyłek twojego pieprzonego przyjaciela, kiedy mój ma policzone dni i jedyne na co może oczekiwać to śmierć — brązowowłosa prostuje plecy, mimo wszystko chcąc odwrócić od siebie uwagę tych wszystkich snobistycznych idiotów, którzy do złudzenia przypominają jej arystokratycznych Śmierciożerców. — I będę mówić to, co mi się podoba. Tego na pewno nie możesz mi zabronić.

         Draco nie odpowiada, jedynie znowu przewracając lekceważąco oczami. Unosi dłonie, opierając łokcie o stół i z uwagą zaczyna przyglądać się nastolatce, siedzącej przed nim. Musi niechętnie przyznać, że czarna sukienka przed kolano i kremowy, futrzany płaszczyk nieznacznie od niej dłuższy, podkreślają jej urodę. Naprawdę nie wie, jak udało mu się wygrzebać te ubrania z cholernej torebki, do której schowała chyba całą bibliotekę, ale był z siebie dumny i zadowolony z tego, że nie musi pokazywać się w miejscach publicznych z kocmołuchem. Udało mu się nawet niepostrzeżenie poprawić fryzurę dziewczyny, kiedy ta akurat stała do niego plecami i pomstowała na wysokie, czarne szpilki które również on kazał jej założyć.

         Kiedy kelner przychodzi po ich zamówienie, on szybko odpowiada za siebie i za Hermionę. Ludzie i tak wystarczająco długo patrzyli na nich zniesmaczonymi spojrzeniami, kiedy Hermiona siedziała niechlujnie na swoim miejscu, stukając palcami o zakryty obrusem blat. Woli nie ryzykować ewentualności, w której to dziewczyna faktycznie zamawia sobie suchy chleb i szklankę wody, chcąc zrobić mu na złość. Wzdycha ciężko, wycierając dłonie o nogawki swoich spodni. Bardzo chce, żeby wojna w końcu się skończyła i żeby mógł porządnie odpocząć. O tak, kiedy będzie miał ku temu okazję, na pewno prześpi miesiąc.


         Ginny opada na trawnik z cichym jękiem. Ma już serdecznie dość swojej rodziny, która na każdym kroku potępia ją za to, że wybrała się do Hogwartu. Nawet Fred i George, chociaż robią to żartobliwie, zaczepiają ją w towarzystwie rodziców i wytykają to, że niejednokrotnie mogła zginąć, na co wskazują siniaki na jej całym ciele. Nie chciała zrobić nic złego, po prostu miała zamiar pokazać im wszystkim, że nie boi się Śmierciożerców i Czarnego Pana, chociaż jest to wierutne kłamstwo. Tak naprawdę bała się chodzić na lekcje i kiedy zobaczyła walczących Ślizgonów, znalazła w nich swoją szansę na ucieczkę; ucieczkę, przy której nie wyszła na kompletnego tchórza – w końcu uratowała chłopaków i razem z nimi przechwyciła jednego z ostatnich Horkruksów.

         Rudowłosa unosi głowę, kiedy blade słońce zostaje przysłonięte jej przez kogoś bardzo wysokiego. Wzdycha ciężko, przewracając oczami kiedy dostrzega Zabiniego. Co prawda nie miała jeszcze okazji rozmawiać z nim na temat tego, co wydarzyło się w Hogwarcie i miała cichą nadzieję, że taki stan utrzyma się dłużej. Niczego od niego nie oczekuje, a już szczególnie jakichkolwiek podziękowań. Nie była, nie jest i nigdy nie będzie bohaterką, które należą się laury. To Harry nim jest. A jej należy przypisywać tylko i wyłącznie tchórzostwo.

— Może powiesz w końcu, czego chcesz — mamrocze pod nosem, podnosząc się niezgrabnie z ziemi. Otrzepuje z niej spodnie i odchyla głowę do tyłu, zerkając prosto w oczy Zabiniego. Nienawidzi tego, jak bardzo niską osobą jest. Zawsze ujmowało jej to powagi i zazwyczaj doprowadza w ten sposób ludzi do śmiechu.

— Chciałem zapytać, czy masz jakieś lepsze plany na dzisiejszy wieczór niż siedzenie w miejscu i użalanie się nad sobą — szeroki uśmiech rozciąga się na ustach chłopaka, kiedy ten splata dłonie za swoimi plecami. Ginny unosi wysoko jedną brew. Wie, że czarnoskóry na pewno coś knuje, a ona jest bardziej niż ciekawa, co uroiło się w jego głowie. — Bo jeżeli nie masz, to mogę ci zaproponować odkupienie swoich win i naprawienie reputacji po tym, haniebnie stchórzyłaś, uciekając razem z nami, podłymi Ślizgonami — dziewczyna fuka pod nosem, zwężając powieki. W jej głowie brzmiało to mnie haniebnie niż teraz, kiedy ktoś wypowiedział to na głos.

— Skąd w ogóle przypuszczenia, że użalam się nad sobą? — unosi wysoko brew, krzyżując ręce na piersiach. Odwraca się na pięcie i zarzuca włosami, uderzając nimi w policzek rozbawionego nastolatka. — A poza tym uratowałam ci tyłek, więc powinieneś być mi wdzięczny, a nie mnie szkalować — rzuciła za sobą, podchodząc do wejścia do Nory. Syknęła cicho, kiedy Blaise złapał ją za nadgarstek i pociągnął w innym kierunku.

— Otóż Wiewiórko muszę cię niestety zmartwić. Wy Gryfoni, jesteście tak przewidywalni jak mało kto na tym zapyziałym świecie. Każdy z was planuje zakończyć swoje życie w epicki sposób na ogromnym polu walki tak, żeby imię każdego z was głosiły następne pokolenia, a biedny uczniowie Hogwartu musieli się ich uczyć na Historii Magii do upadłego. A ty po prostu się aportowałaś, ba! Uratowałaś dwójkę Śmierciożerców w dodatku. Czarny Pan na pewno obróci to przeciwko tobie — mówił, wciąż idąc przed siebie. Gin kilkukrotnie starała się wejść mu w słowo, ale ten skutecznie jej to uniemożliwiał. Tak jakby słuchanie tonu i barwy własnego głosu sprawiało mu niesamowitą przyjemność. — Dlatego, chcąc uratować twoją Gryfońską reputację, postanowiliśmy zaprosić cię z Teodorem na naszą własną, zaplanowaną starannie przez niego, misję ratunkową dla świata.

— Wciąż nic nie rozumiem i do cholery jasnej puszczaj, bo krew nie dopływa mi do dłoni — szarpie mocno swoją ręką tak, aby wyrwać nadgarstek z jego uścisku i pociera go palcami. Staje w miejscu nie zwracając uwagi na jego nerwowe ruchy i to jak rozgląda się uważnie dookoła, jakby chciał być w każdym momencie gotowy do rychłej ucieczki przed jakimś strasznie niebezpiecznym zwierzęciem. — Nie mógłbyś powiedzieć tego jaśniej? Nie wrócę na wojnę, szczególnie z waszą dwójką, nie wiedząc przy okazji czego ode mnie oczekujecie. Nie zamierzam zostać waszą tarczą obronną albo czymkolwiek w tym stylu — macha na niego ponaglająco ręką. Zabini syczy głośno i ku jej ogromnemu oburzeniu znów zaciska dłoń dookoła jej nadgarstka w miażdżącym uścisku. Tym razem biegną, prosto w kierunku lasu, gdzie nie działały bariery, chroniące Norę przed nieproszonymi gośćmi z zewnątrz.

— Przysięgam na Salazara Slytherina, że wszystko wytłumaczę ci w odpowiednim czasie, ale w tym momencie musimy się stąd jak najszybciej ulotnić, bo twoja rodzina mnie zabije! — krzyczy, nieustannie ciągnąc ja za sobą. Zdziwiona dziewczyna zerka ponad własnym ramieniem i faktycznie dostrzega rodziców, biegnących za nimi.

— Co ty najlepszego wyrabiasz, Zabinie?! — piszczy, wpadając na jego plecy, kiedy ten staje w miejscu. Gryfonka pociera stłuczony o jego kręgosłup nos palcami i staje obok, a jej oczy od razu powiększają się do nienaturalnych rozmiarów. — Merlinie, co tu się tak właściwie wydarzyło i dlaczego Harry z Ronem leżą nieprzytomni?! Musimy ich jak najszybciej ocucić i zabrać do Nory! Nie możemy zostawić ich bez opieki! A co jeżeli coś im się stało?! — sięga po różdżkę, chcąc uratować brata i jego najlepszego przyjaciela, jednak nie zdąża wypowiedzieć nawet słowa, kiedy w dole jej brzucha pojawia się nieprzyjemne uczucie. Musi minąć chwila, zanim zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś aportował się wraz z nią.

         Podpiera się o ramię chłopaka, kiedy pod ich nogami znowu znajduje się trwały grunt. Odgarnia włosy do tyłu i w ułamku sekundy wbija koniec różdżki w jego krtań.  Ślizgon na początku przełyka zdziwiony ślinę, jednak już po chwili uśmiecha się do niej czarująco.

— Spokojnie Weasley, przysięgam że wszystko ci wytłumaczę. Zaraz po tym, jak Potter pojawi się wśród nas, bo nie chce powtarzać mi się tego samego dwa razy. A teraz mogę ci jedynie zaproponować, abyśmy schowali się gdzieś, bo stoimy na środku Hogsmade, a gdzieś dookoła nas kręci się banda Śmierciożerców — na potwierdzenie swoich słów unosi rękaw bluzy, ukazując czarny znak Voldemorta, który stał się bardziej wyraźny. Gin patrzy na niego przez kilka sekund, ciągnących się dla chłopaka w nieskończoność, po czym kiwa głową, odsuwając nieznacznie końcówkę różdżki od jego szyi.

         Czeka aż ten odwróci się do niej plecami i ruszy przed siebie, po czym wbija mu ją boleśnie między łopatki. Do jej uszu dociera rozbawiony śmiech Zabiniego, jednak rudowłosa nie jest nawet odrobinę rozbawiona. Została porwana i jeżeli znajdzie ich ktokolwiek z Zakonu Feniksa, powie to bez zawahania.


— Granger przestań się wydurniać i nie zachowuj się, jakbyś po raz pierwszy leżała z chłopakiem w jednym łóżku — Draco przewraca lekceważąco oczami, obserwując poczynania Hermiony, która starannie układa sobie koc w kącie pomieszczenia, a chwilę później kładzie na nim jedną z dwóch puchowych poduszek, które dotychczas zajmowały swoje miejsce na dwuosobowym łóżku pokoju hotelowego, do którego zaciągnął ją siłą dokładnie tak samo, jak do restauracji. — Przecież nawet nie będziemy się dotykać.

         Prawda jest taka, że nie zależy mu na tym, aby dziewczyna odpowiednio się wyspała. Chodzi mu głównie o to, że zabrała zarówno koc i kołdrę, a on nie zamierza przez całą noc zastanawiać się jak się ułożyć, żeby nie było mu zimno. Dziewczyna wzdycha ciężko. Podnosi na niego spojrzenie i mierzy go uważnie od stóp do głów. Drano unosi ręce w obronnym geście, chcąc pokazać jej, że naprawdę nie niczego złego w zamiarze i że jedynie chce przespać spokojnie całą noc, a bójki i kłotnie mu w tym nie pomogą.

— Dobrze — odpowiada spokojnie, wstając z kolan. — A ty pościelisz to łóżko z powrotem, a ja idę wziąć prysznic.



Nudne jak flaki z olejem, ale czasami trzeba przystopować. I jakoś w końcu skończyć tą wojnę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz