piątek, 3 marca 2017

(24) Rozdział Dwudziesty Czwarty



„Hermiono! Proszę powiedz, że już za niedługi czas będzie nam dane porozmawiać. Mam serdecznie dość towarzystwa Ślizgonów i mojej przewrażliwionej mamy. Chciałabym porozmawiać z kimś normalnym. Proszę odpowiedz na tą wiadomość. Czekam niecierpliwie, Gin.”


         Ginny otwiera szeroko oczy, starając się zrozumieć, co miało miejsce jeszcze zaledwie kilka minut wcześniej. Starała się znaleźć jakieś odosobnione miejsce, żeby móc w końcu uwolnić się od żartujących z niej braci, narzekającego Rona i matki, która nieustannie prawiła jej morały na temat tego, jak karygodnie zachowała się, uciekając z domu aby zakończyć swoją naukę w Hogwarcie. Wypuszcza oddech ze świstem, zaciskając dłonie w drobne piąstki, aby zapanować nad wybuchem nagromadzonej agresji. Nie chce spowodować bójki i skrzywdzić czarnoskórego Ślizgona, aby mógł opowiedzieć o tym idiotycznym planie, dla którego porwał ją z jej własnego domu. Zaciska mocno powieki, powoli odzyskując kontrolę nad swoim ciałem.

         Wciąż nie wie, co z tym wszystkim wspólnego ma Harry, na którego wciąż czekają w jakiejś rozpadającej ruderze na skraju wioski Hogsmeade. Z tego co zdążyła dowiedzieć się od dwójki chłopaków – których nieustannie traktuje jak porywaczy, a siebie postrzega w roli zakładniczki, która porządnie skopie im tyłki, kiedy tylko odpowiednio rozjaśnią jej umysł – musi załatwić jeszcze jakąś bardzo ważną sprawę w Norze, aby móc przybyć do nich i ustalić co dalej zamierzają zrobić. Oni, bo ona nie miała nawet zamiaru kiwać przy tym wszystkim palcem. I tak już wystarczająco naraziła się swojej mamie, a jeszcze większe kłopoty zdecydowanie nie są jej potrzebne do szczęścia. Zgrzyta zębami, kiedy głos Blaise’a wyrywa ją ze smętnego zamyślenia.

— Przestań się w końcu boczyć, Weasley i chodź tutaj do nas. Pokażemy ci, co zamierzamy zrobić, bo nie chce mi się dalej znosić twoich dziecięcych humorów — dziewczyna unosi dumnie podbródek i zerka na niego wzrokiem o temperaturze zera absolutnego. Podnosi się zgrabnie ze zbutwiałego materaca i otrzepując spodnie ze śmierdzącego kurzu, rusza w ich kierunku. Krzyżuje ręce na piersiach, stając obok. Nie ma zamiaru się odzywać; wcale nie uważa swojego za dziecinne, chce tylko pokazać im obojgu jak bardzo nie chce dłużej przebywać w ich względnie przyjemnym towarzystwie. — Dostałem to coś od Granger. To jakaś kopia jej notatek czy czegokolwiek innego. Nikt oprócz Pottera nie rozumie co tutaj jest napisane, ale skoro się z nią przyjaźnisz może i ty dasz radę. W każdym bądź razie dla mnie to tylko zbędne bazgroły — przerywa mu, przesuwając kartkę przed swoje oczy, aby uważniej przyjrzeć się liniom, stworzonym przez doskonale znane jej pióro i wyrazom napisanym przez schludne pismo, które nie raz miała okazję oglądać w przeszłości, która teraz wydaje się dla niej być oddaloną o kilka miliardów lat świetlnych.

— Przejdź do rzeczy, Zabini. Nie zamierzam marnować na ciebie więcej czasu niż to konieczne — mamrocze cicho pod nosem, przesuwając opuszkami palców po rysunkach przedstawiających Horkruksy i pytajniki postawione w miejscach, gdzie nie sięgał nawet umysł Hermiony. Nie może powstrzymać smutnego uśmiechu, kiedy dostrzega plamę atramentu, spowodowaną najprawdopodobniej przez złość brązowowłosej.

— W każdy bądź razie — Nott śmieje się cicho widząc irytację na twarzy przyjaciela, kiedy ten przewraca oczami i podpiera się jedną dłonią o spróchniały stół, stojący na środku pomieszczenia bez okien o spleśniałych, brudnych ścianach i podłodze, popękanej prawie w całości. — Za kilka dni chcemy zaatakować zamek. Dostałem dzisiaj nad ranem wiadomość od Draco, że znaleźli przedostatni kawałek. Potter zadecydował, że to musi nam wystarczyć i teraz prawdopodobnie rozmawia z wyżej ustawionymi członkami Zakonu Feniksa, żeby przekonać ich do tego pomysłu. My uciekliśmy, żeby wzięli nas za zdrajców. Otóż moja droga, zostaniesz naszą zakładniczką, żebyśmy z powrotem mogli wkupić się w łaski Voldemorta, a kiedy znajdziemy się już w środku, zaczniemy atakować Śmierciożerców. Wszyscy znajdujący się w Hogwarcie są naprawdę silni i istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że pokonać ich możemy jedynie z zaskoczenia. A z tego, co dowiedzieliśmy się ostatnio od naszego życzliwego informatora, Czarny Pan postanowił wrócić do Malfoy Manor na kilka nocy w celu wzmocnienia swojej siły. Mamy więc większe pole do popisu, bo zanim on zorientuje się, że cokolwiek miało miejsce, my będziemy mieć Hogwart z powrotem — Ślizgon urywa, biorąc głęboki oddech. Musi się przez chwilę zastanowić, czy aby na pewno powiedział jej o wszystkim. Wie też, że musi nastawić się na całą masę pytań. Ginny jest Gryfonką, a bzdurne pytania na każdy temat po prostu leżą w ich naturze.

— To całkiem sensowny plan — dziewczyna kiwa lekko głową, składając na cztery kartkę papieru, by zmieściła się do jej kieszeni w spodniach. — Rozumiem też, że nikt oprócz Harry’ego nie wie o tym, że moje porwanie jest swingowane, abyśmy byli bardziej wiarygodni w tym całym szaleństwie — unosi na nich spojrzenie i mierzy wzrokiem, którego nie powstydziłaby się sama McGonagall, oceniająca prace swoich uczniów z domu Salazara Slytherina.

— Oczywiście, dlatego oszołomiliśmy i Pottera — tym razem to Nott zabiera głos. Ma już dość stania z boku i słuchania jak Zabini opowiada jego plan, dla którego zarwał prawie całą poprzednią noc. Nie lubił, kiedy za jego przebiegłość doceniany był ktoś inny. — Powiedziałbym, żebyś nie brała nas za idiotów, ale to i tak zbędne. Zajmijmy się lepiej omówieniem tego, że musisz zachowywać się jak nasza ofiara dopóki ja albo Blaise nie rzucimy pierwszego, otwartego zaklęcia. W innym przypadku wszystko legnie w gruzach, a my skończymy nasz żywot — chłopak odwraca się na pięcie i siada na fotelu, zakrytym dziurawą folią. Kiwa głową, nie chcąc dłużej z nimi rozmawiać.

         Zajmuje miejsce w kącie i zamyka zmęczone oczy. Ona również nie zmrużyła tej nocy oczu, wciąż zadręczając się tym, w jak tchórzliwy sposób opuściła pole bitwy. Wzdycha cicho pod nosem, chowając twarz w kolanach i starając się zignorować palące spojrzenie utkwione prosto w jej drobnej posturze, stara się chociaż na chwilę zamknąć oczy przed przybyciem Harry’ego.


         Budzi się dopiero, kiedy słyszy głośny trzask, dobiegający z samego środka pomieszczenia. Otwiera leniwie oczy i dopiero po upływie długiej chwili unosi głowę, aby dowiedzieć się kto zakłóca jej słodki sen. Cała złość ucieka z niej w jednym momencie, kiedy dostrzega Harry’ego, poprawiającego okulary palcem wskazującym. Podrywa się z podłogi i nie zważając na fakt, że zderzenie może przewrócić ich oboje, rzuca mu się na szyję, mocno się do niego przytulając. Czuje przyjemne dreszcze, które biegną wzdłuż jej kręgosłupa, kiedy zaskoczony chłopak obejmuje ją w pasie i przyciąga do siebie delikatnie, aby zachować równowagę. Na jego ustach również rozciąga się leniwy uśmiech, kiedy zdaje sobie sprawę z tego, kogo trzyma w ramionach.

— To nie czas na okazywanie sobie czułości — mówi Teodor, chcąc powstrzymać złośliwy komentarz przyjaciela, który na pewno spowodowałby między nimi głośną i burzliwą kłótnię. Za wszelką cenę muszą teraz zachować rozejm, żeby wszystko poszło zgodnie z planem i aby w końcu wygrali tę wojnę. — Ginny wie już o wszystkim, co mamy zamiar zrobić — dodaje szybko i podchodzi do wciąż obejmującej się pary, krzyżując ręce za plecami.

— To dobrze — czarnowłosy kiwa lekko głową, całując dziewczynę w czoło, po czym odsuwa się do niej niechętnie, zamykając jedynie jej dłoń w delikatnym, czułym uścisku. — Lunatyk i Łapa zgodzili się na to, żeby zaatakować Hogwart jutro w samo południe. Mam nadzieję, że taka pora wam odpowiada, bo wymyśliłem ją na poczekaniu.

— Jest w porządku — Teo po raz kolejny odzywa się w ostatnim momencie, w którym daje radę powstrzymać Blaise’a od kąśliwej uwagi. Patrzy na niego przez z dezaprobatą, po czym wraca wypranym z emocji wzrokiem do dwójki Gryfonów. — Proponuję, abyśmy teraz położyli się i przespali noc do końca. Jutro czeka na długi, emocjonujący dzień i nie możemy pozwolić na to, aby zmęczenie pokrzyżowało nam plany — dodaje, a kiedy nikt nie wyraża sprzeciwu przeciwko jego słowom, odwraca się na pięcie i zajmuje swoje poprzednie miejsce na starym materacu, który wyczyścił za pomocą kilku zaklęć. Ma tylko nadzieję, że jego przyjaciel jest na tyle inteligentnym człowiekiem, aby pomyśleć o ich wspólnym interesie i że nie spłata jakiegoś figla Potterowi, co mogłoby jutrzejszego dnia spowodować niechciane skutki, prowadzące do istniej katastrofy.


         Ginny zastanawia się czasami, na czym tak naprawdę polega prawdziwa odwaga. Doskonale wie, że nie wiąże się to z dumną i pochwalaną przez wielu mieszkańców domu Godryka Gryffindora walką do ostatniej kropli krwi. Dziewczynie od zawsze wydawało się, że czasami wystarczy odezwać się do nielubianego przez innych ucznia, który każdą przerwę spędza sam na korytarzu lub pomocą jakiemuś dziecku z młodszego rocznika, które nie potrafi odnaleźć się w zagmatwanych, hogwardzkich korytarzach. Jednak czy ten rodzaj odwagi jest wystarczający, aby móc nazywać się „prawdziwym Gryfonem”?

         Nie raz podziwiała Hermionę, Harry’ego i Rona za to, jak na przestrzeni lat poświęcali się dla dobra szkoły i bezinteresownie nieśli swoją pomoc nawet w patowych sytuacjach, wydających się bezdyskusyjnie pozostawać takimi bez wyjścia. Zazdrościła im tego, jak doskonale potrafili się ze sobą dogadywać i jak bardzo dopełniali się w trójkę. Ona nie ma tak naprawdę nikogo poza Luną i kilkoma koleżankami ze swojego roku. Wie jednak, że ich przyjaźń nie jest prawdziwa. W końcu nawet Gryfonki nie zaprotestowały, kiedy zwijała się w spazmach na samym środku sali, służącej do nauki obrony przed czarną magią Rudowłosa słyszała jedynie swój, wypełniony bólem krzyk i kompletną ciszę, przerywaną jedynie pojedynczymi wybuchami śmiechu, najprawdopodobniej Ślizgonów.

         Zawsze zastanawiała się, dlaczego trafiła do domu lwa. Szczerze podejrzewa, że największy udział w tym wszystkim, że jej starsi bracia również są stamtąd. W końcu Tiara Przydziału nie musiała nawet zostać założona na jej głowę. Krzyczała już po zetknięciu z pierwszymi kosmykami jej włosów.

         Jednak teraz Ginny może udowodnić, że nie z przypadku znalazła się w gronie tych najmężniejszych. Właśnie w tym momencie – stojąc przed wejściem do swojej ukochanej niegdyś szkoły, pochylona z czołem prawie przy samej ziemi, rozczochranymi włosami, poszarpanym ubraniem, siniakami na całym ciele, których nabyła się podczas poprzedniego pobytu w zamku i podtrzymywana przez dwóch zamaskowanych chłopaków, którzy jeszcze zaledwie kilka minut temu mówili jej, że wszystko zakończy się dobrze. Jest sceptycznie nastawiona do swojego losu. Co ma być to będzie i lepiej, żeby ta wojna już się zaczęła. W innym przypadku może nie dotrzymać do jej końca, wciąż pozostając przy zdrowych zmysłach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz