niedziela, 12 marca 2017

(25) Rozdział Dwudziesty Piąty

Wszystko zmierzało ku upragnionemu końcowi. Nie wiem, czy byłam szczęśliwa, czy bardziej bałam się jaki będzie on dla mnie, jednak czułam wewnętrzny spokój, który na pewno pomagał mi zapanować nad emocjami.
— Powinniśmy już wracać do Anglii — Hermiona wzdycha ciężko, słysząc za sobą głos Dracona. Nawet nie zauważyła, jak chłopak wszedł do ich hotelowego pokoju, zajęta swoimi notatkami, nad którymi siedzi od samego rana, kiedy to Ślizgon wyszedł, informując ją jedynie, że ma jakąś bardzo ważną, nie cierpiącą zwłoki sprawę. W odpowiedzi kiwa jedynie głową i zaczyna zbierać papiery ze stołu.

         Nie chciała jeszcze opuszczać Francji. Jeszcze chwilę temu miała nadzieję, że chociaż wieczór noworoczny będzie mogła spędzić w spokoju, obserwując fajerwerki, migające na nocnym niebie, które fascynowały ją od zawsze. Wie jednak, że jej obowiązkiem jest wyzwolenie magicznego świata spod rządów Voldemorta i nie może odłożyć tego na później. Czuje, że misja ratowania świata jest jej powinnością względem Mugoli, przyjaciół i rodziców, którzy żyją spokojnie w Australii – bezpieczni, dokładnie tak jak tego pragnie.

         Podnosi się powoli z krzesła i przeciąga się, rozprostowując wszystkie kości. Jej ciało już dawno odzwyczaiło się od długiego przebywania w jednej pozycji przez co ma nieprzyjemnie odrętwiałe miejsce. Mozolnymi ruchami zaczyna zbierać swoje notatki. Słyszy ciche westchnienie za swoimi plecami. Wzdryga się lekko, kiedy czuje dłoń chłopaka na swoim ramieniu. Prostuje się i podnosi na niego wzrok w milczeniu czekając na to, co ma dla niej do powiedzenia.

— Aportujemy się prawdopodobnie w sam środek wojny — mamrocze cicho i mimowolnie zaczyna gładzić kciukiem odkrytą część jej skóry. — Rozmawiałem prze chwilą z Zabinim i Nottem. Razem z Potterem i Weasley zamierzają wejść dzisiaj do Hogwartu, bo dostaliśmy niedawno informację o tym, że Voldemort zamierza zrobić coś, żeby jego moc była jeszcze silniejsza, dlatego postanowiliśmy nie zwlekać — tłumaczy szybko, kiedy widzi jak dziewczyna marszczy brwi. Wolałby na razie oszczędzić jej szczegółów dotyczących tego w jaki sposób chłopaki dostali się do wnętrza zamku, bo wie że wybuchłaby między nimi kolejna, zdecydowanie zbędna jak na ten moment, kłótnia.

— Dobrze zrobiliście — kiwa lekko głową, odsuwając się od niego. — Zostały nam do zniszczenia dwa ostatnie Horkruksy. To nie będzie łatwe, bo o jednym nie wiemy nic, a drugim… — urwała na chwilę, spuszczając wzrok na swoje bose stopy. — A drugim jest Harry — przełknęła głośno ślinę, przebierając z powrotem wyćwiczony przez ostatnie miesiące, obojętny wyraz twarzy. — Mam nadzieję, że uda nam się coś wymyślić, bo w innym wypadku nasza podróż byłaby zupełnie bezsensowna — kończy i zakłada trampki, a później kurtkę, po czym wkłada swoją torebkę do kieszeni, nie chcąc jej przez przypadek zapomnieć. Zawiera zbyt wiele eliksirów, które na pewno przydadzą jej się podczas walki z siłami Czarnego Pana.

         Wygląda za okno, po raz ostatni chcąc przyjrzeć się budynkom w pobliżu hotelu, spokojnym ulicom i roześmianym ludziom, którzy przechadzają się po nich oraz na wierzę Eiffla, którą tak bardzo chciałaby odwiedzić. Jednak nie ma czasu na takie głupoty. Musi udać się na do swojego Hogwartu, aby pomóc przyjaciołom i nowy sojusznikom w odbiciu go, a co za tym idzie – uratowaniu nie tylko magicznego, ale i mugolskiego świata.

         Draco w milczeniu przygląda się Hermionie, przez której twarz przebiegło już zastraszająco dużo emocji. Dawno nie widział jej tak słabej i w pewnym sensie przerażonej. Nawet wtedy, kiedy umierała w londyńskim zaułku, bez jakiejkolwiek nadziei na to, że uda jej się ponownie uciec przed Śmierciożercami, była gotowa do przegranej walki, nie poddawała się do momentu, w którym uciekła jej świadomość, a ona zemdlała. Zaciska mocno szczękę, odwracając wzrok.

— Obiecuję, że jeżeli przeżyję wojnę, to zabiorę cię tu drugi raz, żebyś mogła pozwiedzać. Ale teraz naprawdę musimy iść, bo walka za niedługo się zacznie — mamrocze cicho pod nosem. Podchodzi do niej i bez słowa łapie ją za przedramię. Dziewczyna drga lekko kiedy jego dotyk drażni wciąż otwarte rany, zadane przez Bellatrix, ale nie odzywa się słowem. Jest mu wdzięczna za to, że lekki ból przywrócił jej trzeźwość myślenia. Uśmiecha się do niego lekko.

— To, że ty przeżyjesz wojnę jeszcze wcale nie oznacza, że mi też jest pisany taki los — mówi cicho i nie czekając na jego odpowiedź aportuje się prosto do Zakazanego Lasu.


         Ginny klęczy na zimnej posadzce w Wielkiej Sali w Hogwarcie. Głowę ma pochyloną mocno do przodu, a ręce wygięte za plecami pod dziwnym kątem, który niemiłosiernie ją boli. Wie jednak, że musi siedzieć cicho i czekać aż w pomieszczeniu znajdą się wszyscy Śmierciożercy, pozostali nauczyciele i uczniowie, którzy nie mogą przebywać samodzielnie bez nadzoru na korytarzach. Syczy cicho, kiedy różdżka, ukryta pod ubraniem wbija jej się mocno w żebra. Na szczęście w Sali panuje zbyt duże zamieszanie, aby usłyszał to ktokolwiek poza nią samą.

         Drzwi zamykają się z głośnym trzaskiem. Teraz już nie ma odwrotu. Wojna zacznie się za kilkanaście sekund. Dziewczyna zastanawia się przez chwilę, ilu zwolenników Zakonu Feniksa znajduje się w tłumie za jej plecami. Zaczynają się rozmowy, jednak ona zupełnie je ignoruje. Nie jest ciekawa co mają do powiedzenia te kreatury. Bierze głęboki oddech, czując jak palce Zabiniego mocniej wbijają się w jej ramię. To znak, że ma się przygotować. Zaciska mocno szczękę, powstrzymując drżenie całego ciała. Nie może dać nic po sobie znać. To oni muszą zaatakować jako pierwsi.

         Głośny krzyk powoduje, że rudowłosa wstaje na równe nogi, od razu trzymając w dłoni różdżkę, którą rozbraja jednego ze Śmierciożerców, którzy na co dzień pilnowali korytarzy. Uśmiecha się zadowolona, uniemożliwiając mu poruszanie się i robi kilka kroków w tył, uderzając plecami o plecy Notta. Rozgląda się szybko po pomieszczeniu, raz po raz rzucając następnymi zaklęciami. Wszyscy uczniowie stoją sparaliżowani, nie wiedząc co powinni zrobić. Klnie pod nosem, nie przestając się bronić. Jedynie profesorowie im pomagają, jednak to zbyt mało. Przewaga liczebna popleczników Czarnego Pana wciąż daje im się we znaki i jeżeli zaraz ktoś nie postanowi wyłamać się z otępienia, to przegrają jeszcze zanim wojna rozpocznie się na dobre.


         Hermiona trzyma mocno dłoń Draco, który pod zaklęciem kameleona ciągnie ją przez tłum, starając się przy tym nie potrącić żadnego z uczniów czy Śmierciożerców, aby nie pokazać im w ten sposób że coś jest nie tak jak powinno. Oboje mają na sobie przetransmutowane w szaty Ravenclawu kurtki. Dopiero, kiedy zajmują miejsce między członkami tego domu, blondyn niepostrzeżenie zdejmuje z nich zaklęcie i od razu puszcza dłoń Granger.

         Wolałby tego nie robić. Nie chce jej zgubić w ciągle maszerującym tłumie. Mogłoby się to źle skończyć nie tylko dla niej, ale i dla niego – na wojnie zawsze należy mieć przy sobie kogoś, kto odeprze atak, którego ty nie zauważysz, wciągnięty w wir walki z innym przeciwnikiem. Zdążył się już tego nauczyć podczas misji, na które wysyłał go Czarny Pan. Zawsze zastanawiał się, jakim cudem Nott wychodził cało ze wszystkich opresji, chociaż nigdy nie miał przy sobie kogoś do pomocy. Szczerze go za to podziwia, on zawsze miał przy sobie Zabiniego.

         Syknął cicho, kiedy ktoś nadepnął mu na stopę. Zwróciło to uwagę jednej z dziewcząt, która dotychczas szła z nisko opuszczoną głową. Podnosi na niego powoli wzrok, a jej źrenice zwężają się mocno, kiedy dostrzega, kto stoi obok. Draco mruży oczy i przykłada palec wskazujący do ust, błagając ją w duchu, aby nie krzyknęła. Ta w odpowiedzi kiwa lekko głową i na powrót skupia się na czubkach swoich butów.

         Chłopak skupia się na swoich przyjaciołach, stojących na środku Wielkiej Sali kiedy słyszy za sobą głośny trzask zamykanych drzwi Widzi Weasley, prawie leżącą na posadzce i słyszy słowa, wypowiadane przez Severusa, jednak ich sens do niego nie dociera, dlatego ignoruje jego przemówienie. Skupia się za to na Śmierciożercach, których liczba jest znacznie większa niż normalnie ze względu na obecność Voldemorta w szkole, która zakończyła się zaledwie kilka dni temu. Rozejrzał się uważnie po pozostałych uczniach w poszukiwaniu znajomych twarzy. Uniósł powoli kąciki ust, kiedy dostrzegł Pottera wśród Gryfonów. Ciekawi go jak dostał się do zamku niepostrzeżenie, jednak szybko to od siebie odpycha. Zapyta go później, teraz nie ma czasu na takie błahostki.

         Łapie Granger za nadgarstek, nie chcąc dopuścić do tego, żeby zdradziła ich obecność między Puchonami, wyciągając różdżkę wcześniej. Nie zdążył zbyt dokładnie wytłumaczyć jej, co ustalił z przyjaciółmi. Hermiona jest z tego niezadowolona, jednak zgodziła się na ich pomysł. I tak nie miała innego wyjścia. Przenosi spojrzenie z przyjaciółki na blondyna i unosi pytająco brew. Malfoy zaciska mocno szczęki, a kiedy Zabini rzuca pierwszym zaklęciem pochyla się w jej kierunku.

— Chodź ze mną, Granger. Będziemy działać dyskretnie za plecami Śmierciożerców — mamrocze cicho do jej ucha, przez co ledwo słyszy co do niej powiedział. Kiwa lekko głową, ledwo zauważalnie sięgając po swoją różdżkę. Zabiera rękę z uścisku blondyna i wycofując się za nim na sam koniec tłumu uczniów, ruszają powoli w kierunku, w którym stoją poplecznicy Czarnego Pana.

         Dziewczyna czuje przyjemne mrowienie w każdej komórce ciała, kiedy rzuca pierwszym zaklęciami, obezwładniając parę ubranych na czarno ludzi, pilnujących wejścia. Na jej twarzy rozciąga się szeroki uśmiech. Właśnie tego potrzebuje. Walki. Chce w końcu przynieść kres wojnie, która zabrała już wystarczająco dużo Czarodziejów i Mugoli. Najwyższy czas na zgładzenie Czarnego Pana.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz