czwartek, 16 marca 2017

(26) Rozdział Dwudziesty Szósty



Godzenie się z prawdą nigdy nie było łatwe. Zawsze jednak wierzyłam w to, że istnieje alternatywne wyjście z sytuacji. A wtedy potrzebowałam tego bardziej niż czegokolwiek.

         Hermiona nie może uwierzyć w to, co się dzieje. Ostatnia bitwa co prawda jeszcze nie rozpoczęła się na dobre, jednak dziewczyna właśnie bierze udział w tej, która prowadzi już bezpośrednio do niej. Kolorowe światła, ze zdecydowaną przewagą zielonych, śmigają obok jej głowy, przecinając powietrze z głuchym świstem. Nawet profesor McGonagall postanowiła im pomóc i teraz dzielnie stara się pokonać Severusa Snape’a, którego mina mówi sama za siebie. Śmierciożercy nie spodziewali się tego ataku. Dziewczyna unosi powoli kąciki ust, wyczarowując tarczę, dzięki której śmiercionośne zaklęcie nie dotyka pleców niczego niespodziewającego się Dracona. Puszcza mu zadziornie oczko, zadowolona, że tym razem to ona zdołała mu pomóc.

Syczy cicho, czując pieczenie w lewej łydce. Unosi wzrok na mężczyznę, który zbliża się w jej kierunku, cały czas atakując. Ból w dalszym ciągu paraliżuje całą jej nogę, przez co nie może przed nim uciekać i jedynie broni się odpychając czary. Wypuszcza ciche westchnienie, kiedy ktoś unieruchamia go dając jej możliwość przywrócenia sobie czucia w kończynie. Cofa się na tyle, aby uderzyć plecami o plecy blondyna.

— Jeżeli zaraz nie stanie się cud, to nas tu powyrzynają — wymamrotała na tyle głośno, żeby ją usłyszał. Zerknęła ponad ramieniem, kiedy poczuła że on też na nią patrzy. Draco zaciska mocno szczękę i przeczesuje włosy palcami. Dziewczyna widzi, że coś go gryzie, jednak nie ma odwagi zapytać, co to takiego. Kiwa jedynie głową, łapie ją za rękę i odciąga na bok, kucając za jednym ze stołów.

— Musimy wytrzymać jeszcze trochę, zobacz — urywa, wskazując głową w kierunku pola bitwy, jakie ma miejsce w Wielkiej Sali. Hermiona wie, że jeżeli uda jej się wrócić do Hogwartu, to miejsce to już nigdy nie będzie jej się dobrze kojarzyło. — Śmierciożerców wciąż ubywa, pomagają nam nawet niektórzy Ślizgoni. Mam nadzieję, że w końcu zrozumieją, że nie mają z nami szans — jasnowłosy uśmiecha się do niej delikatnie, chcąc dodać im obojgu chociaż odrobinę otuchy. Jego wyraz twarzy zmienia się, kiedy czuje mocne uderzenie w ramię. Klnie głośno, odwracając głowę w tamtym kierunku. Przewraca oczami, ostrzegając Pansy. — A propos Ślizgonów.

— Cześć Granger — Miona unosi wysoko brew, kiedy Parkinson uśmiecha się do niej szeroko i macha w jej kierunku w geście przywitania. Dziewczyna odpowiada jedynie zdystansowanych kiwnięciem głowy. Nie czuje potrzeby zaprzyjaźnienia się z nią. Pansy odwraca się z powrotem w kierunku swojego przyjaciela. — Długo cie tu nie było Smoku, dlaczego nie dawałeś nawet jakichś oznak życia. Martwiłam się o ciebie — Hermiona stara się zignorować ich rozmowę zła, że wciąż musi się chować za stołem. Boi się wyjść zza niego bez pomocy Malfoy’a. Nauczyła się od niego, że lepiej mieć przy sobie kogoś.

— Nie miałem możliwości — chłopak wzrusza lekko ramionami, przyglądając się plecom Gryfonki, które napinają się, kiedy dziewczyna raz na jakiś czas podnosi się z podłogi, aby posłać kilka zaklęć w kierunku Śmierciożerców i rozluźniają w momencie, w którym znów opada na kolana. Blondyn niechętnie odwraca twarz do swojej rozmówczyni. — Czy oprócz masowych mordów działo się coś w Hogwarcie?

— Zupełnie nic. Czarny Pan codziennie kazał przyprowadzać do siebie jednego ucznia i zaprezentować umiejętności, jakie przyswoił w czasie nauki przez ostatnie miesiące. Chyba nie muszę mówić co się działo, jeżeli według niego były niezadowalające — brunetka wzdryga się nieprzyjemnie na samo wspomnienie własnej prezentacji. Unosi powoli rękawy, ukazując posiniaczone przedramiona. Przymyka na chwilę oczy wciąż nieprzyzwyczajona do widoku mrocznego znaku. Słyszy jak Draco zaciąga się powietrzem, by po chwili unieść dłoń i delikatnie, samymi opuszkami palców, przesunąć po czarnym jak smoła symbolu. — Wszystko było dobrze, dopóki nie doszłam do Obrony Przed Czarną Magią. Ostatnimi czasy ten przedmiot zmienił się bardziej w naukę używania zaklęć czarno magicznych, dlatego nie wiedziałam jak się bronić i oberwałam — unosi powoli powieki i znów zerka na swoje dłonie, zasłaniając je rękawami koszuli. Uśmiecha się szeroko, szturchając Dracona w ramię. — Nie zaciskaj tak szczęki, Smoku, bo pokruszysz sobie wszystkie zęby — śmieje się cicho, chcąc rozluźnić napiętą atmosferę. Wiedziała, że przyjaciel tak zareaguje na rewelacje jakie dla niego miała, jednak nie chciała kłamać i opowiadać nieprawdziwe historie. Uważa, że chłopak zasługuje na prawdę.

         Głośny, dziewczęcy pisk zagłusza na chwilę inne krzyki i odgłosy ciągłej walki. Hermiona podrywa się na równe nogi i w ostatnim momencie wyczarowuje barierę, która chroni ich trójkę przed odłamkami szkła z wybitych szyb. Draco przyciąga do siebie Pansy i zasłania ją swoim  ciałem w razie, gdyby cokolwiek przedostało się przez czar Granger. Gryfonka opuszcza ręce kiedy ma pewność, że nic im nie zagraża i wskakuje na stół, rozglądając się dookoła.

         Na podłodze leży wiele martwych ciał i osób, które natychmiast potrzebują pomocy. Śmierciożercy uciekli. Brązowowłosa zaciska mocno dłonie w pięści, przez co różdżka wbija jej się we wnętrze jednej, przynosząc otrzeźwiający ból. Wielka Sala jest niemalże całkowicie zniszczona. Stoły zostały połamane, ławki służyły jako amunicja, a po całej posadzce walają się odłamki szkła ze zniszczonych okien i drzazgi. Miona odwraca się w kierunku, z którego słyszy nawoływanie swojego imienia. Mimowolnie rozkłada ręce na boki, pozwalając Ginny na jeden, szybki uścisk. Ona też go potrzebuje, wbrew pozorom nie zmieniła się w kamień. Przynajmniej nie całkowicie.

— Tak strasznie się o ciebie martwiłam, Miona — mówi cicho, odsuwając się od przyjaciółki. Hermiona jest zdziwiona, słysząc w głosie rudej przesadnie dużą ilość wyrzutów, kierowanych pod jej adresem. Unosi jedną brew. Nie ma szansy się odezwać, ponieważ Ginny kontynuuje. — Mama zgotowała mi niezłe piekło w domu, kiedy aportowałam się tymi dwoma idiotami, żeby ich uratować. Mam nadzieję, że nie czeka cię to samo, kiedy się spotkacie — dziewczyna śmieje się cicho i kręci lekko głową. — Zabini opowiedział mi dzisiaj w nocy, co mnie ominęło.

— Nie czas teraz o tym rozmawiać — Harry staje między nimi, układając rękę na barkach przyjaciółki. Hermiona uśmiecha się lekko, zakładając kosmyk włosów za ucho. Szybko jednak opanowuje się, kiedy przypomina sobie co zobaczyła w jego pokoju, kilkanaście lat wcześniej. Zaciska lekko dłonie w pięści, czując na sobie wzrok Draco. On wie, o czym myśli. — Musimy zastanowić się nad jakimś sensownym planem działania. Proponuję, aby zajęli się tym głównie Ślizgoni, ze względu na to jak dobrze wyszliśmy realizując ich poprzedni pomysł — kiwa lekko głową w kierunku Notta. Teo odpowiada tym samym, a na jego twarzy niemalże od razu pojawia się konsternacja.

— Powinniśmy — zaczyna powoli, wywołując tym śmiech Zabiniego, który ignoruje. — Powinniśmy zniszczyć Horkruksa, którego znaleźli Draco i Hermiona. Wtedy zostałby tylko jeden, o ile dobrze się orientuję — urywa na chwilę, zbierając myśli. — Przede wszystkim, kiedy armia Voldemorta już zaatakuje, musimy rozproszyć się po zamku. Podejrzewam, że nie wszyscy będą chcieli brać udział w walce, a my musimy zapewnić im wybór. Proponuję, aby Pansy i Ginny razem z jakąś nauczycielką zebrali wszystkich tych uczniów. Profesor McGonagall na pewno zna odpowiednią drogę ucieczki — chłopak zdejmuje z siebie czarną pelerynę i rzuca ją pod ścianę. Strasznie przeszkadzała mu podczas walki, a niestety nie miał czasu na pozbycie się jej wcześniej.

— Chodź ruda, poszukamy psorki — ciemnowłosa kiwa lekko głową na Gryfonkę, która nie protestuje. Chowa różdżkę za pasek i w ciszy rusza za nią, posyłając ostatnie spojrzenie swoim przyjaciołom. W końcu nie wie, ile czasu zajmie ewakuacja i czy Czarny Pan nie napadnie wtedy na zamek. Może ich już nigdy więcej nie zobaczyć.

         Hermiona napina mięśnie na plecach, co Harry natychmiast wyczuwa. Zerka na swoją przyjaciółkę z niepokojem. Chciałby zapytać o co chodzi, dlaczego tak zareagowała na słowa Ślizgona jednak wie, że to bezcelowe. Jeżeli będzie chciała, to powie mu sama i nie ma innej możliwości. Malfoy wypuszcza powietrze ze świstem. W głowie układa wiązankę przekleństw, którą wypowie na głos jak tylko znajdzie się sam w pomieszczeniu. Zdaje sobie sprawę, że Granger nie będzie w stanie powiedzieć Wybrańcowi, że musi zginąć, aby ocalić cały pieprzony świat, a jako że wiedzą o tym tylko oni dwoje, jemu w udziale przypada przekazywanie złych informacji. Postanawia, że dziewczyna odwdzięczy mu się za to, kiedy przyjdzie odpowiednia pora na takie pierdoły.

— Nie możemy zniszczyć Horkruksa, bo musielibyśmy przebić Pottera mieczem Gryffindora — mamrocze, starając się to powiedzieć szybko, ale nie na tyle, aby pozostali go nie zrozumieli. Naprawdę, z całego serca nie chce powtarzać tego zdania po raz kolejny. Miona zaciska mocniej szczęki, a Harry otwiera szeroko oczy, przetwarzając słowa blondyna. Zabini i Nott patrzą na siebie z wyrazem kompletnego osłupienia na twarzach. Nawet oni nie oczekują od Gryfona takiego poświęcenia. — Hermiona szukała innego sposobu, żeby pozbyć się z ciebie jakoś tego Horkruksa, ale nie wymyśliła nic, a to oznacza, że po prostu nie ma żadnej innej drogi.

— Nie prawda. Nie wiem wszystkiego. Nie szukałam jeszcze w bibliotece, a przecież nie udało mi się zabrać z niej wszystkich książek o czarno magicznych urokach. Musę do niej iść — unosi oburzony wzrok na chłopaka, który towarzyszył jej przez ostatni czas w poszukiwaniach. Malfoy wzrusza lekko ramionami. — Nie zrobisz tego Harry. Widzę, że korci cię, aby pójść po miecz i wbić go sobie w brzuch, ale ja na to nie pozwolę. Na szczęście nie wiemy gdzie on jest — dziewczyna tupie nogą, nie wiedząc jak inaczej mogłaby podkreślić powagę swoich słów i tego, że ona wcale nie żartuje. Czarnowłosy kręci głową, a w jego oczach, ukrytych za okrągłymi szkiełkami okularów, widać rezygnację i coś na kształt pogodzenia się z własnym, nieszczęsnym losem, co rani nastolatkę jeszcze bardziej.

— Nie mamy na to czasu, Miona. Tom może zaatakować  w każdym momencie, nie wiemy czy nie zrobi tego za chwilę — chłopak podchodzi do niej i układa jej dłonie na ramionach. — Musisz mi na to pozwolić. To prawda, nie wiemy gdzie jest miecz, ale pewnie istnieje jeszcze jakieś inne wyjście. Diadem został zniszczony kłem bazyliszka.

— Super, więc teraz mamy zadźgać cię wielkim kłem jakiegoś potwora, starając się trafić w odpowiednie miejsce — Blaise wywraca oczami, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Sam nie wierzy w to, że rozmawia o ratowaniu przyszłości z Gryfonami, jednak życie pokazało mu już, że należy przystosowywać się do wszystkich sytuacji. 

— Granger ma rację. Niech ona i Teodor pójdą do biblioteki, w końcu co dwie głowy to nie jedna, a ich głowy są wyjątkowo mądre. Ty, ja i Draco zostaniemy tutaj i pomożemy najpierw w ewakuacji zamku. Ściągniemy nauczycieli, którzy stracili pracę za rządów Snape’a i jakimś cudem namówimy Zakon Feniksa, żeby wstrzymali się jeszcze z gadaniem i naradzaniem. Bo dobrze wiemy, jak to się skończy, a raczej nigdy się tego końca nie doczekamy — przewraca oczami, sięgając po swoją różdżkę. — Nie wyraziłem się dość jasno? Nott i Granger do biblioteki!


— Dość apodyktycznych masz tych swoich znajomych — mamrocze Miona, kiedy Draco odciąga ją na bok, chowając się w jednym z kątów pustego korytarza. — Chcieliby, żeby robić wszystko na akord i najlepiej tak jak oni tego chcą, powinieneś coś z tym zrobić — dodaje, krzyżując ręce na piersiach.

— Przesadzasz — podsumowuje krótko blondyn, a na jego ustach mimowolnie pojawia się lekki uśmiech. — Jak się ich bliżej pozna, to wcale nie są tacy źli. I potrafią uratować życie, ale o tym powinnaś już wiedzieć — chłopak śmieje się cicho, wsuwając dłonie do kieszeni czarnych spodni. Hermiona mierzy go wyczekującym spojrzeniem ciekawa, dlaczego ją tutaj zaciągnął. — Ale ja nie o tym. Chciałem cię o coś poprosić — od razu poważnieje, a uśmiech na jego twarzy zostaje zastąpiony przez głęboką powagę. — Jeżeli nie zdążymy się spotkać znowu, jeszcze przed atakiem Voldemorta, to chcę żebyś znalazła Ginny i Pansy i walczyła razem z nimi. Potter, ja i chłopaki będziemy pewnie w centrum uwagi. W końcu on jest Wybrańcem, a my Zdrajcami Krwi, na pewno trafimy na pierwszy celownik — śmieje się gorzko, zamykając na chwilę oczy. Chce poukładać sobie w głowie wszystko to, co ma do powiedzenia i nie chce, aby jego wypowiedź stała się w pewnym momencie chaotyczna. To nie w jego stylu. — Ty będziesz potrzebowała partnera do walki, a wolałbym, żeby Parkinson również nie była sama. To dobra dziewczyna. Mimo wszystko — unosi lekko kąciki ust, otwierając powoli oczy, które skupia na oczach Gryfonki, stojącej przed nim. — Przepraszam, Granger. Za te wszystkie razy, kiedy nazywałem cię Szlamą, starałem się udowodnić, że jestem lepszy od ciebie, chociaż prawda jest taka, że nasze umiejętności magiczne są na bardzo wyrównanym poziomie i za to, że niejednokrotnie zamieniałem twoje dni w tym zamku w kompletny koszmar. Naprawdę szczerze cię przepraszam, Hermiono. Mam nadzieję, że mi to wybaczysz, bo bardzo mi na tym zależy, odkąd udało mi się poznać cię na tej wojnie. Jesteś co prawda nierozważna i nie raz doprowadzałaś mnie do białej gorączki, ale na Merlina, naprawdę warto było cię poznać — unosi dłoń, zakładając jej kilka kosmyków włosów za ucho. Wzrok zszokowanej szatynki od razu wędruje w tamtym kierunku. Nie spodziewała się tego po nim. — Nie oznacza to oczywiście, że nie będę ci teraz dokuczał — kręci głową, cofając się kilka kroków w tył, sięgając po swoją różdżkę. — Zrezygnowałbym z przedniej rozrywki — śmieje się cicho, kiwając głową w jej kierunku. — Do zobaczenia potem, Granger — i nie mówiąc nic więcej, odwraca się na pięcie, szybkim krokiem ruszając do wnętrza Wielkiej Sali.

         Hermiona stoi jeszcze przed chwilę pod ścianą, z niedowierzaniem wpatrując się w miejsce przed sobą, w którym zaledwie kilkanaście sekund wcześniej stał blondyn. Nie mogła uwierzyć w to, że właśnie ją przeprosił. Owszem, odczuła fakt, że chłopak zmienił nastawienie do niej, jednak nigdy nie spodziewałaby się, że posunie się w ich relacjach aż tak daleko. Żałuje, że sama nie zdążyła go przeprosić i podziękować mu za pomoc, jakiej jej udzielił w ostatnim czasie. Gdyby nie on, już dawno leżałaby martwa, a jej ciało gniłoby w zapomnieniu, w jednej z londyńskich uliczek.

         Westchnęła ciężko, ignorując rozbawionego Notta, który przypatrywał się całej tej scenie. Wymija go na schodach i wbiega po nich szybko na odpowiednie piętro. Chce jak najszybciej znaleźć się w bibliotece, aby znaleźć potrzebne informacje. Jest pewna, że tym razem ma szansę na powodzenie i nie zamierza jej zmarnować. Zaciska dłonie mocno w pięści. Nie pozwoli na to, żeby jej przyjaciel zginął. A jeżeli zrobi coś głupiego, to zasłoni go sobą. Chociażby to miała być ostatnia decyzja, jaką podejmie w życiu.


         Ginny chodzi w te i z powrotem po Wielkiej Sali, kierując pierwszorocznych uczniów do Pokoju Życzeń. Profesor McGonagall nie kryła zdziwienia, kiedy dowiedziała się, że Gryfoni i Ślizgoni rozpoczęli współpracę, jednak nie wyglądała również, jakby miała cokolwiek przeciwko temu. Wręcz przeciwnie – cieszyła się z ich rozejmu i chęci uratowania szkoły. Szybko wpadła na pomysł, jak wydostać z zamku tych, którzy nie potrafiliby się obronić lub po prostu nie chcą tego robić. Ruda wie, że część najstarszych z tych, którzy właśnie się ewakuują będzie walczyć po stronie Czarnego Pana, nie jest głupia. W pewnym sensie boli ją to, ponieważ Hogwart jest jej ulubionym miejscem na świecie i jedynym pragnieniem, jakie w tym momencie gości w jej sercu, to chęć uratowania go za wszelką cenę.

— Pansy, wiesz może czy jacyś Czarodzieje się już zjawili? — pyta cicho, kiedy ciemnowłosa znajduje się obok niej. Ślizgonka kiwa lekko głową, odwracając na nią mętny wzrok. Weasley domyśla się, że wyrwała ją z kontemplowania nad czymś bardzo ważnym. — To dobrze, Zakon zbiera swoje siły, więc również powinien zjawić się w niedługim czasie — wypuszcza ciche westchnienie ulgi i pokazuje palcem drogę dziewczynie z Hufflepuffu, kiedy ta o nią pyta.

— Nie martw się, ruda. Wygramy tą wojnę. Bardziej się boję o to, kto z nas nie będzie miał szansy żyć  w lepszym świecie, bez Voldemorta — wzdycha ciężko, odwracając się na pięcie. Gin jej nie zatrzymuje. Za bardzo dotknęły ją jej słowa i wie, że przez najbliższy czas nie będzie w stanie myśleć o niczym innym niż to.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz