sobota, 25 marca 2017

(27) Rozdział Dwudziesty Siódmy



Bałam się, ale kto nie bałby się iść na własną śmierć? Głos z tyłu głowy podpowiadał mi, że zrobiłam już swoje i teraz powinnam zadbać o siebie, nie o innych. Szybko go uciszyłam, nie chcąc aby dłużej przeszkadzał mi w walce za ideały, w które nigdy nie przestałam wierzyć.

         Hermiona syczy cicho, kiedy skóra na jej palcach zostaje po raz kolejny zraniona przez ostrą krawędź przekręcanej właśnie kartki. Unosi kciuk do ust i zasysa go lekko, chcąc jak najszybciej pozbyć się krwi i móc wrócić do wertowania ksiąg, które co chwilę przynosi jej Ślizgon.  Wzdycha ciężko, wyciągając nogi przed siebie; kręgosłup zaczyna dawać jej się we znaki, przez co często musi zmieniać pozycję, w której przesiaduje na niewygodnym, twardym krześle bibliotecznym. Podnosi zmęczony wzrok na kolejne woluminy, które wyglądają jakby miały rozlecieć się od jednego dotknięcia, po czym przenosi go na towarzysza swojej niedoli, który siada naprzeciwko niej i sięga po jeden z nich, otwierając na spisie rozdziałów. Wspólnie stwierdzili, że lepiej będzie zaczynać od niego, aby znaleźć tylko te części tomów, związane z ich nie małym problemem, a następnie prześledzić e szybko wzrokiem.

— To są wszystkie książki o czarnej magii i Horkruksach, nie ma już na pewno ani jednej więcej. Te przyniosłem z działu ksiąg zakazanych, więc jeżeli w nich nie ma rozwiązania, to po prostu ono nie istnieje — Hermiona zaciska mocno szczękę, zamykając z hukiem przedmiot, trzymany w dłoniach. Wie, że nie powinna złościć się na Teodora za to, że powiedział prawdę, jednak jest zbyt zdesperowana, aby myśleć całkowicie trzeźwo. Chłopak kręci głową z ciężkim westchnieniem. — Ja też naprawdę chciałbym pomóc, Granger. Ty najlepiej powinnaś o tym wiedzieć, ale jeżeli nie mogę tego zrobić, to po prostu muszę pogodzić się ze wszystkim, co mnie dotyka. I ty też powinnaś, bo popadniesz w paranoję i oszalejesz — mruczy pod nosem, po czym zajmuje się przeszukiwaniem tomu, leżącego przed nim na drewniany stoliku.

         Dziewczyna kręci głową i wstaje od stołu. Szybko jednak musi złapać się o jeden z regałów, stojących obok niego, ponieważ tępy ból przeszywa jej głowę. Syczy cicho, obsuwając się powoli na kolana, kiedy nie jest już w stanie dłużej utrzymać równowagi. Słyszy głośny krzyk, nawołujący jej nazwisko, kiedy podpiera się dłońmi o podłogę i zaciska mocno powieki. Nie jest w stanie odpowiedzieć Teodorowi na pytanie co się dzieje i stara się skupić wyłącznie na tym, że ktoś o bardzo potężnej mocy, z uporem maniaka stara się wkraść do jej umysły, aby zobaczyć wspomnienia. Zaciska szczękę tak, że jej zęby prawie ulegają pokruszeniu. Zgrzyta nimi, zaciskając dłonie mocno w pięści, przez co paznokcie wbijają jej się w ich wewnętrzną część. Kręci głową. Nie podda się. Nie pozwoli na to, aby ktokolwiek grzebał w jej umyśle bez zezwolenia na to. Ostatnim, co pamięta to głośne trzaśnięcie drzwiami i czarna pustka, w którą zapada.


         Draco podnosi wzrok znad swojej różdżki, kiedy w wejściu do Wielkiej Sali tworzy się jakieś zamieszanie. Zaciska usta w wąską linię i zeskakuje z drewnianego stołu. Ma zamiar rozegnać całe to zbiegowisko, aby ci idioci przestali blokować wejście w razie jakiegoś nagłego i nieoczekiwanego wypadku. Blondyn nie rozumie, jak ci ludzie mogą być na tyle głupi, aby nie wiedzieć, że trzeba być przygotowanym na każdą ewentualność. Przecież do jasnej cholery są w kulminacyjnym momencie wojny.

         Jego nastawienie do zaistniałej sytuacji zmienia się w momencie, w którym dostrzega co stało się obiektem zainteresowania kilkunastu uczniów, którzy mieli pomagać w barykadowaniu wejścia do lochów zamku. Czuje, jak cała krew odpływa mu z twarzy, a przez jego kręgosłup przechodzi nieprzyjemny dreszcz, który czuje nawet w czubkach palców u stóp. Podbiega natychmiast do Teo, którzy klęczy skulony na podłodze w otwartych drzwiach, a wyraz jego twarzy ewidentnie wskazuje na to, że walczy z czymś wyjątkowo nieprzyjemnym.

— Do jasnej cholery rozejdźcie się wszyscy, czy wy nie widzicie, że nie ma tu nic ciekawego? — wrzeszczy tak głośno, jak tylko pozwalają mu na to płuca. Zbiegowisko natychmiast rozchodzi się na boki w obawie o to, że znany im wszystkim z tej gorszej strony Malfoy, może wybuchnąć, a im stanie się przez to niemała krzywda. Draco wie jednak, że to nie może być takie proste, a pojedyncze, ukradkowe spojrzenia uczniów w ich kierunku jedynie utwierdzają go w tym przekonaniu. W końcu zgubna ciekawość zawsze ciągnie ludzi do niebezpieczeństwa.  — Nott walcz z tym, oboje wiemy, że potrafisz — mamrocze do niego cicho, zaciskając dłoń na jego ramieniu; wbija mu w nie palce doskonale wiedząc, jak ból potrafi otrzeźwiająco działać na człowieka. Ciemnowłosy syczy cicho, podpierając się jedną ręką o drzwi.

— Ja wiem — sapie cicho, biorąc duży haust powietrza, który w całości wypełnia jego płuca. Otwiera powoli oczy i patrzy na jasnowłosego zamglonym spojrzeniem. 
 — Idź do biblioteki i powiedz to Granger — chłopak kręci głową, z powrotem zaciskając powieki. Opuszcza głowę i przełyka głośno ślinę, kiedy ból w jego głowie zaczyna się powoli zmniejszać. Wypuszcza ciche westchnienie ulgi, rozluźniając nieznacznie dłonie, które do tej pory zaciskał z całe siły w pięści.

         Draco już tego nie widział. Po słowach Ślizgona natychmiast poderwał się z posadzki i pobiegł do biblioteki, starając się zrobić to najszybciej jak tylko potrafił. Nie mógł pozwolić, żeby Granger się coś stało. Nie po tym, jak uratował ją tyle razy, prawie za każdym poświęcając również swoje bezpieczeństwo.

         Sapie cicho, stając w miejscu, kiedy jego mózg przeszywa fala tępego, nieprzyjemnego bólu. Jest tak niedaleko biblioteki jednak nie może zrobić nawet kroku. Opiera się plecami o zimną, kamienną ścianę za sobą i stara się uspokoić swój oddech, biorąc kilka głębokich wdechów, wypuszczając przy tym spokojnie powietrze z płuc. Nie może się poddać. Musi wygrać sam ze sobą. Doskonale wie, kto stara się wejść również i do jego umysłu. Zdawał sobie sprawę z tego, że Czarny Pan nie popuści tak łatwo tym, którzy nie dość, że zdradzili go to i przez długi czas donosili o jego zamiarach do samego Zakonu Feniksa. Nie ma innego sposobu na torturowanie ich z daleka. Dlatego stara się przełamać wszystkie bariery, jakie starają się utrzymać na ich wspomnieniach. Draco zastanawia się przez chwilę, ile przyjemności sprawia mu fakt, że cierpią. Nie jest jednak w stanie myśleć o tym za długo, ponieważ obsuwa się na podłogę, wyciągając przed siebie nogi. Dyszy ciężko, zamykając oczy. Odchyla powoli głowę do tyłu i klnie cicho. Było już tak blisko. Przecież jest już naprzeciwko wejścia do biblioteki.


         Hermiona otwiera powoli oczy i rozgląda się po pomieszczeniu, w którym na całej podłodze zostały rozłożone książki, w których wraz z Nottem starała się znaleźć odpowiedzi na dręczące ich pytanie, jak pomóc jej przyjacielowi. Wzdycha cicho, starając się podnieść, jednak jej mięśnie są zbyt zdrętwiałe od długiego leżenie w niewygodnej pozycji, przez co nie mogłaby utrzymać równowagi nawet przez chwilę. Jęcząc cicho przewraca się na plecy i zaczyna wodzić wzrokiem po białym suficie. Głowa boli ją niemiłosiernie, jakby ktoś usiłował wbić jej w nią milion wyjątkowo tępych kołków. Zamyka na chwilę oczy, starając się zapanować nad swoim ciałem.

         Podnosi się po kilku minutach, nawet na chwilę nie puszczając regału, którego podpierała się również zanim zemdlała. Prostuje się powoli, a jej kości strzelają nieprzyjemnie. Wolnym krokiem podchodzi do drzwi i otwiera je z niemałym wysiłkiem. Klnie głośno, widząc jak Malfoy zwija się z bólu pod ścianą. Podchodzi do niego i klęka naprzeciwko, potrząsając lekko jego ramię, chcąc zwrócić na siebie uwagę.

— Draco — zaczyna niepewnie, zachrypniętym głosem. — Draco słyszysz mnie? Wiem, że dasz radę, to trwa tylko chwilę. Musisz to wytrzymać — przysuwa się do niego bliżej, nie przestając poruszać jego ramieniem. Blondyn tworzył powoli oczy i popatrzył na nią zbolałym spojrzeniem.

— Zamknij się w końcu Granger, wcale mi to nie pomaga — chrypi cicho, wywołując lekko uśmiech na twarzy dziewczyny. Przynajmniej wie, że nie cierpi na tyle, aby postradać zmysły. Odsuwa się od niego, siadając pod ścianą.

         Mija kilka minut, zanim chłopak w końcu rozluźnia swoje mięśnie, a na jego twarzy widać wyraźną ulgę. Puszcza dłonie i wyciera je szybko w ciemne spodnie, pozbywając się krwi z miejsc, gdzie paznokcie przebiły mu naskórek. Odwraca głowę w kierunku Gryfonki, przyglądającej się swojej różdżce i wzdycha ciężko, poprawiając się na podłodze. Uspokaja szybko oddech i podnosi się z posadzki. Hermiona patrzy na niego zdziwiona, że tak szybko udało mu się zapanować nad bólem całego ciała.

— Nie patrz tak na mnie, tylko się zbieraj i chodź ze mną. Doskonale wiesz, co znaczą te ataki. Voldemort jest blisko i już niedługo zacznie się walka — wyciąga rękę w jej kierunku, chcąc pomóc jej wstać. Miona łapie za nią po chwili zawahania i wstaje, znacznie mniej zgrabnie niż jasnowłosy. Rusza za Malfoy’em, szybko domyślając się, że idzie on w kierunku wierzy astronomicznej, z której można będzie przyjrzeć się całej okolicy.

         Wbiega za nim po schodach, starając się przy tym zignorować piekący ból w udach i jednocześnie utrzymać równomierny oddech. Stara się jak najszybciej zapomnieć o nieprzyjemnym pulsowaniu w skroniach, które cały czas odbiera jej zdolności logicznego myślenia. Atak na jej umysł był wyjątkowo silny, przez co musiała włożyć dużo siły w odparcie go, a teraz odczuwa tego nieprzyjemne skutki. Wzdycha cicho, kiedy wiatr rozwiewa jej włosy, zasłaniając przy tym twarz. Zebrała je szybko w kucyka i podeszła do dużej dziury w ścianie, zakończonej łukiem, która miała pełnić funkcje okna.

         Zaciąga się powietrzem, kiedy widzi na niewielkim wzniesieniu ogromną, czarną plamę, której krawędzie nieustannie poruszały się w różnych kierunkach. Domyśla się, że są to Śmierciożercy z całego świata, którzy przybyli na wezwanie swojego Pana, chcąc mu wiernie służyć. Dziewczyna prycha pod nosem, zwracając na siebie uwagę swojego towarzysza. Ignoruje go jednak wciąż wpatrując się zmrużonymi oczami w nieprzyjaciela, który postanowił zniszczyć niegdyś jej ukochany Hogwart. Zastanawia się przez chwilę, ilu w tym tłumie jest tchórzów. Takich, którzy już dawno przestali podzielać poglądy Voldemorta i nie mają na tyle odwagi, aby odejść z jego zastępów. Kątem oka zerknęła na blondyna, równie zamyślonego jak ona. Podziwiała go za to, że odważył się przeciwstawić. Wiedziała, ile musiało kosztować go odejście od rodziców, które mimo wszystko kocha każde dziecko, bez względu na to jacy są. Drga lekko, kiedy Draco odwraca wzrok na nią, przyłapując ją tym samym na wpatrywaniu się w niego. Przyglądają się sobie przez chwilę w milczeniu, które przerywa Gryfonka.

— Powinniśmy zejść do Wielkiej Sali i poinformować wszystkich o tym, że on już tutaj jest — mówi cicho bojąc się, że jakikolwiek głośniejszy dźwięk może doprowadzić do definitywnego początku ostatniej bitwy. Blondyn kręci przecząco głową, kładąc jej dłonie na przedramionach, na których zaciska delikatnie palce.

— Nie tylko nas zaatakowano, Hermiono. W drzwiach do Sali spotkałem Teo, który również wyglądał jakby zaraz miał zwymiotować swoje wnętrzności. Wszyscy już wiedzą, patrz — wskazuje brodą za okno, przez co Miona od razu odwraca wzrok w tamtym kierunku. Otwiera szeroko oczy, widząc kolorowe błyski, wylatujące w powietrze i tworzące barierę ochronną dookoła zamku.

         Niewiele myśląc chwyta za swoją różdżkę, unosi ją i również zaczyna pomagać przy budowaniu powłoki ochronnej. Świadomość, że nieunikniona batalia zbliża się wielkimi krokami bardzo ją przeraża. Przed oczami przewijają jej się niechciane obrazy martwych przyjaciół i Ślizgonów, którzy postanowili pomóc. Nawet jej własna śmierć nie budzi w niej tak wielu, od dawna skrywanych emocji. Nie dopuści do tego, żeby któremuś z nich stała się krzywda. Chociażby to była ostatnia obietnica, jaką złoży, dotrzyma jej i bez wahania będzie bronić nie tylko zamku, ale i przyjaciół. Nawet, jeśli oni nie będą tego chcieli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz